Tag: WFDP

Mój piwowarski rok 2015

Rok 2014 otrzymał pełne podsumowanie mojej piwowarskiej działalności, więc 2015 nie powinien być traktowany w żaden gorszy sposób, tym bardziej, że był bardzo obfity jeżeli chodzi o domową produkcję piwa. Prawdopodobnie jedną z ważniejszych rzeczą jakie nastąpiły w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy była zmiany nazwy z Browar domowy RGB na Browar domowy Aurora – wiązało się z tym kilka innych rzeczy takich jak nowe logo czy zmiany na profilu na Facebooku. Inną fajną rzeczą było opublikowanie nowej strony browaru, gdzie można przejrzeć dotychczasową birografię lub dowiedzieć się szczegółów dotyczących różnych aspektów piwowarstwa domowego.

Najważniejsze jednak jest piwo, zatem zapraszam do krótkiego przeglądu mojego roku 2015, w którym udało mi się uwarzyć 16 (lub 17 w zależności od tego jak kto liczy) piw w wielu różnych stylach, kolorach i smakach.

1

Już przed Trzema Królami do kotła wrzuciłem słody z myślą uwarzenia klasycznego belgijskiego blonda o nazwie Legalna blondynka. Niestety najprawdopodobniej musiałem pomylić się z obliczaniem koloru lub został wydany mi zły słód, ponieważ piwo wyszło o wiele ciemniejsze niż myślałem i każdy raczej pomyślałby o dubblu, gdyby dostał je podane w szklance. Mimo to piwo wyszło bardzo smaczne, bardzo bananowe i bardzo przyprawowe. Ostały mi się jeszcze dwie butelki i chce zobaczyć jak czas wpłynął na takiego lekkiego belga.

W lutym uwarzyłem jedną z moich najlepszych (i przez wielu uważane za najlepszą) warek, czyli India Pale Ale na pacyficznych chmielach z ryżem w zasypie i jaśminem dodanym do podbudowania aromatu. Wyszło bardzo jasne piwo (zasługa słodu zakwaszającego) z gęstą pianą, a pachnące wprost obłędnie. Znów musiałem coś źle przekalkulować, ponieważ za nic nie dało się wyczuć poziomu goryczki, od którego powstała nazwa JP na 100 IBU (po otworzeniu pierwszej butelki prędzej dałbym 50 IBU). Z przyjemnością je powtórzę, choć jeszcze nie wiem kiedy.

Zanim jeszcze kupiłem sprzęt piwowarski to już wiedziałem, że będę chciał uwarzyć klasycznego niemieckiego Hefeweizena, czyli jasne piwo pszeniczne. Nie przejąłem się licznymi opiniami, że ciężko jest takowe piwo wyprodukować w domu, wsypałem kilka kilo słodu do gara, przyprawiłem niemieckim chmielem i zaszczepiłem specjalnymi drożdżami… Eine kleine weiße Musik było zdatne do picia, ale niestety nie udało mi się wyprodukować oczekiwanej feerii bananów i goździków i gęstej jak śmietana piany. Ot, dostałem fajny napój na wiosenne dni, jednak nie byłem jakoś bardzo zadowolony.

2

10 kwietnia uwarzyłem Savoir-bière – własną interpretację Bière de Garde, czyli francuskiego stylu, który można było zdefiniować jako… całkowity miszmasz. Użyłem różnych ciekawych słodów (między innymi aromatycznego i gryczanego), dodałem owoców jałowca i dębinę, fermentowałem belgijskimi drożdżami i zabutelkowałem z miodem do refermentacjji. Po pierwszej butelce myślałem, że stworzyłem strasznie alkoholowego i niepijalnego potworka, ale koniec końców miło się ułożyło i pokazało, że jest złożonym, ale nie przekombinowanym piwem.

Za to w maju zaczęła się seria warzenia dwóch warek na miesiąc i w takim tempie powstały 23/06 oraz Różany dzik. Pierwszą trochę przekornie nazwałem górnofermentacyjną desítką, ponieważ było to piwo udające czeską dziesiątkę – prosty zasyp, lekkie chmielenie polskim chmielem oraz neutralne drożdże, które miały stworzyć czysty profil aromatyczno-smakowy. Piwo było warzone specjalnie na Dzień Ojca (skąd też nazwa) i posmakowało zarówno mojemu Tacie, jak i Tacie mojej narzeczonej. Okazuje się, że wcale nie trzeba bawić się w dolną fermentację, niskie temperatury i długie lagerowanie, żeby otrzymać normalne piwo w warunkach domowych. Do powtórzenia!

Drugim piwem był belgijski saison przyprawiony suszonymi owocami dzikiej róży i skórką pomarańczy oraz chmielony francuskimi odmianami. Piwo wyszło czerwone, mocno nagazowane, a w aromacie czuć było słodkość róży. Niestety było to też moje pierwsze piwo w tym roku, przy którym ewidentnie coś poszło nie tak, gdyż już po miesiącu zaczęło wyłazić z butelki tuż po odkapslowaniu. Mam jeszcze kilka butelek i wiem, że bardzo fajnie się starzeje, ale lepiej nie otwierać w pokoju.

3

Wiedziałem, że na wakacje chce uwarzyć ponownie witbiera, choć zeszłoroczny Biały kruk niekoniecznie był szczytem marzeń młodego piwowara, a tym bardziej piwosza. Od dłuższego czasu chodziło za mną połączenie mięty z piwem i w taki oto sposób powstała Mentha lavanduliodora. Piwo idealne na lato, rześkie, pijalne i orzeźwiające! Przepis polecam każdemu piwowarowi i już teraz wiem, że na sto procent uwarzę to samo na wakacje 2016.

Innym obowiązkowym letnim piwem jest dla mnie grodziskie. Rok temu zrobiłem smaczne Tradycyjne grodziskie, więc w tym roku powstała reinterpretacja w postaci Tradycyjnego grodziskiego II. Ponownie sto procent zasypu złożonego ze słodu grodziskiego, ale tym razem chmielone Lomikiem i Iungą oraz fermentowane drożdżami od Mangrove Jack’s. Ponowny sukces i kolejne piwo obowiązkowe do powtórzenia. Może następnym razem odważę się na zastosowanie tradycyjnego karuku? Fajnie by też było zdobyć chmiel (nowo?)Tomyski, ale będę się o to martwić przed wakacjami.

Ostatnim letnim piwem było moje pierwsze stracie ze stylami kwaśnymi, czyli Passive-aggresstive. Do kotła dodałem słód zakwaszający oraz dwa kilo agrestu, dzięki czemu uzyskałem przyjemnie kwaśne i rześkie piwo z owocowym aromatem, ale nie będące chamskim chemicznym koncernowym radlerem, o co niektórzy mnie podejrzewali. Kilka butelek mi dalej leżakuje w piwnicy, dzięki czemu wiem, że im dalej, tym bardziej kwaśne się robi. Fajna sprawa na lato, polecam!

4

Kolejną powtórką zeszłorocznego piwa był Żubr AIPA II, czyli klasyczne amerykańskie India Pale Ale. Piwo wyszło poprawnie – tylko lekko opalizujące, cytrusowo gorzkie i buchające aromatem – ale popełniłem podstawowy błąd przy rozlewie i nie dopilnowałem, aby do butelek nie trafiły żadne drobinki chmielu, którego na cichą fermentację poszło baaardzo dużo. Przez to co druga butelka witała piwosza szybko wzbijająca się pianą, ale znów odkryłem, że im dłużej piwo leżało w piwnicy, tym spokojniejsze było przy otwieraniu.

W hołdzie dla Ennio Morricone powstało L’estasi dell’oro, które było luźnym klonem Citrinitas od Kraftwerku, które to mnie zachwyciło podczas wiosennej edycji wrocławskiego Beer Geek Madness. Wyobraźcie sobie India Pale Ale na wędzonym słodzie chmielone amerykańskimi cytrusowymi chmielami oraz przyprawione ostrą papryką. Gorzko, ostro i wędzono! Eksperyment powiódł się tylko w połowie, gdyż piwo było znakomite przez jakiś pierwszy miesiąc po refermentacji. Później kapsaicyna z chili zaczęła powolne wyostrzanie i w tym momencie cieszę się, że nie mam już żadnej butelki, bo ostatnią piłem na pół z kolegą, a i tak było ciężko. Jeżeli miałbym powtarzać to albo dałbym mniej chili, albo spróbowałbym to szybciej wypić.

Z dyńki II to naturalnie powtórzenie zeszłorocznego pumpkin ale Z dyńki. Tym razem do kotła poszło więcej dyni, więcej przypraw, chmiel z mniejszym stężeniem alfa-kwasów oraz inne drożdże, ale wyszło równie dobrze smacznie. Udało się uniknąć rozwarstwienia, na które narzekałem rok temu, dynia była jakby wyraźniejsza i znów udało mi się nie przesadzić z piernikiem. Aż pozwolę sobie zacytować mojego piwnego kumpla: Takie dyniowe to mogłyby robić te nasze polskie kraftsmany!

5

Koniec roku wiąże się z niższymi temperaturami, a co mogłoby rozgrzewać w zimie? Oczywiście, że smakowity belgijski dubbel! W taki oto sposób do gara trafiło sporo belgijskiego słodu z cukrem kandyzowanym, które z belgijskimi drożdżami przemieniły się w ciemne, gęste i słodkie Wyrwane z klasztoru. Bardzo lubię belgijskie style piwa i w moim odczuciu wychodzą mi całkiem nieźle, więc z pewnością będzie to jakiś utrzymujący się trend na przyszłe lata.

Dubbel wyszedł bardzo fajny, ale wyszło go też bardzo dużo, szczególnie jak na moje standardy. Zabutelkowałem zatem tylko 10 litrów bazowego piwa, a do reszty w fermentorze dorzuciłem cynamonu, jagód jałowca, płatków dębowych oraz skórek pomarańczy, aby nadań mu świąteczny klimat i mieć swoje pierwsze Christmas ale. Zabutelkowałem 15 litrów Urwanego z choinki parę dni później i bardzo cieszę się, że to zrobiłem, bo wyszła ciekawa kompozycja. Nie jest to w żadnym wypadku piernik w płynie, bo przyprawy są bardzo subtelne, ale picie sprawia dużo przyjemności.

W Dzień Niepodległości uwarzyłem irlandzkie czerwone ale, czyli wyspiarskiego klasyka, który jest czymś pomiędzy angielskim bitterem a irlandzkim stoutem, a który doprawiłem syropem klonowym. Piwo wyszło bardzo smaczne, tęskniłem za czymś lekkim i słodowym, ale niestety dodatek z Kanady przefermentował całkowicie (a był dodany podczas gotowania, cichej fermentacji oraz jako surowiec do refermentacji) i oscyluje gdzieś na granicy autosugestii. Nazwa Decree E49D139.41 nawiązuje do dokumentu ze skasowanego Expanded Universe Gwiezdnych wojen.

6

Pod koniec 2014 roku wyprodukowałem potwora (wędzone wino jęczmienne Kashmir), więc w tym roku nie chciałem zerwać tradycji i z początkiem grudnia w garze znalazły się surowce na potężnego Russian Imperial Stouta, którego ostateczny początkowy ekstrakt wyniósł 28 stopni Plato, a który będzie fermentował pewnie do początku lutego. Władimir Władimirowicz składał się z 10 kilo słodów i surowców niesłodowanych, chmielony był pięcioma odmianami chmielu na prawie 90 IBU, w tym momencie przefermentował już do 10.5% alkoholu, a będzie docelowo jeszcze doprawiony wanilią i płatkami dębowymi macerowanymi w whisky. Będzie się działo!

Natomiast z wysłodzin po tym potworze powstał lekki mild Niezbyt masywna czarna dziura, który gotowałem i fermentowałem z suszonymi śliwkami. Drożdże jeszcze dogorywają na cichej fermentacji, ale na dniach zostanie na pewno zabutelkowane i z racji niskiego ekstraktu będzie go można pewnie stosunkowo szybko pić.

fbcover007

Rok 2015 uważam za udany. Uwarzyłem mnóstwo dobrego piwa, wypiłem też trochę, choć moja uśredniona statystyka mówi, że spożywam jedynie 13% (!) tego, co wytworzę. Na pewno chciałbym powtórzyć minimum cztery przepisy, które realizowałem w tym roku: trzeci raz grodziskie i dyniowe oraz drugi raz miętowego witbiera oraz agrestowego kwacha.

Plan na pierwszą połowę 2016 roku mam już teoretycznie zamknięty, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby jeszcze coś do niego dodać. Nie zdradzę wszystkiego, ale mogę chyba uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć, że planuję uwarzyć na pewno koźlaka holenderskiego mniej więcej w edług tego przepisu, gose, Roggenbiera i białe India Pale Ale. Oprócz tego mam kilka niespodzianek (w tym jedną mocno ekscentryczną i eksperymentalną, którą chcę zaprezentować na spotkaniu piwowarów na WFDP) plus jedną kooperację ze znanym blogerem.

Mam nadzieję, że najgorsze piwo 2016 roku będzie lepsze niż najlepsze z 2015!

Japońskie IPA

Jedną z najfajniejszych zalet piwowarstwa domowego jest niewątpliwie możliwość eksperymentowania z każdym etapem produkcji piwa, dzięki czemu można uzyskać nadzwyczaj ciekawe efekty. Czasami wystarczy ciekawa odmiana chmielu, kiedy indziej dodatkowy składnik dodany na ostatni etap warzenia albo fikuśna przyprawa wrzucona na cichą fermentację. Możliwości są ograniczone tylko i wyłącznie wyobraźnią (i ewentualnie dostępem do surowców) piwowara.

IPA to flagowy styl piwnej rewolucji, więc nic dziwnego, że kolejny raz sięgnąłem po ten styl (szczególnie po wielkim sukcesie z genialnym Żubrem IPA i może nieco mniej smacznym, ale wciąż fajnym Dancing with Myself). Tym razem postanowiłem uwarzyć West Coast India Pale Ale – czyli wytrawną wersję jasnego i bardzo goryczkowego piwa górnej fermentacji – które przyprawiłem pacyficznym twistem. Nazwa JP na 100 IBU pokrętnie nawiązuje do udziału japońskich surowców, gdyż w piwie wylądowały japońskie chmiele, ryż oraz kwiaty jaśminu.

IMG_0020(siema, to ja chmielący brzeczkę)

Plan był taki, aby uzyskać ekstremalnie pijalne i lekkie piwo, które będzie orzeźwiające przez lekki zasyp i wysoką goryczkę, a dodatki nie będą muliły lub psuły efektu łał. Jakie surowce wpadły do kotła?

słody chmiele drożdże dodatki
pale ale 3kgpszeniczny 1kg

Carapils 0,5kg

zakwaszający 0,5kg

płatki ryżowe 0,5kg

Sorachi Ace 100g (12,5%)Pacific Gem 50g (15,3%) Mangrove Jack’s M44 US West Coast suszone kwiaty jaśminu 30gmech irlandzki 5g

Podstawą jak zwykle był pale ale (tym razem ze Strzegomia) oraz niemieckie pszeniczny, Carapils i zakwaszający; dodatkowo użyłem płatków ryżowych, których nie kleikowałem, a jedynie wsypałem razem z resztą słodów do ciepłej wody na zacieranie na lenia w około 67-69°C. Po godzinie zrobiłem jeszcze wygrzew do jakichś 72°C i rozpocząłem filtrację przez wężyk z oplotu, która trwała niecałą godzinę.

Chmielenie było wycyrklowane na 99.53 IBU według Brewer’s Friend. Na początku godzinnego warzenia do kotła poszło 30g Pacific Gemu, następnie 15 minut przed końcem 25g Sorachi Ace, 10 minut przed końcem 20g Pacific Gemu, pięć minut przed końcem 15g Sorachi Ace i 5g mchu irlandzkiego na klarowność oraz w ostatniej minucie jeszcze 10g Sorachi Ace. Piwo fermentowało z genialnymi drożdżami M44 US West Coast równe dwa tygodnie, a po zlanie na tygodniową cichą fermentację dodałem kolejne 50g Sorachi Ace oraz 30g suszonych kwiatów jaśminu. Efekt był piorunujący jeszcze przed butelkowaniem.

012 JP na 100 IBU Piwo było warzone 27 lutego i zabutelkowane 17 marca 2015 roku, a pierwszą butelkę otworzyłem 5 kwietnia i była moim pierwszym piwem po bezalkoholowym Wielkim Poście. Zgodnie z planami wyszło lekkie i orzeźwiające ale, które nie tylko obłędnie pachniało nowofalowymi odmianami chmielu, ale także miało wyczuwalny i niezamulający jaśmin. Jestem naprawdę dumny z uzyskanego aromatu, jednak smak okazał się być o wiele mniej goryczkowy niż planowałem. I nie wiem teraz czy była to kwestia chmielu (może sklep zapaczkował odmianę o mniejszej ilości alfa-kwasów?), czy może jaśmin w jakiś sposób wpłynął negatywnie na odczuwalność goryczki, ale z wyliczonych 100 IBU można byłoby powiedzieć, że nie ma więcej niż 50. A szkoda!

SONY DSC

Pięć butelek zabrałem ze sobą na spotkanie piwowarów na tegorocznym Wrocławskim Festiwalu Dobrego Piwa i… zrobiły furorę wśród innych domowych piwowarów. Muszę przyznać, że byłem z siebie bardzo, ale to bardzo dumny, mogąc polewać swoje piwo ludziom, którzy naprawdę znają się na piwowarstwie, a którzy byli nierzadko zachwyceni moją warką. Piwo rozeszło się momentalnie i nawet kropelka nie dotrwała momentu, w którym zaczęto wpuszczać ludzi niezwiązanych z domowym warzeniem piwa.

Wiadomo, że każdy piwowar bardzo krytycznie patrzy na swoje piwa, jednak wydaje mi się – a wiele osób to potwierdza – że JP na 100 IBU najlepsze piwo jakie opuściło mój domowy browar. Zostały mi już chyba tylko trzy butelki, ale jestem pewien, że jeszcze powtórzę to warzenie, bo szkoda, aby tak fajna receptura się miała zmarnować.

Wędzone wino jęczmienne

009 Kashmir

Uważam, że wino jęczmienne, czyli barley wine, jest jednym z najciekawszych stylów piwnych jakie można spotkać w piwowarstwie – również w tym domowym. Jest to potężne piwo górnej fermentacji, którego ekstrakt początkowy nierzadko przekracza 26º Plato, za czym idzie zawartość alkoholu powyżej 11%, a które charakteryzuje się bardzo mocną słodową podbudową, czyli niebanalnym i złożonym aromatem i smakiem, pochodzącym przede wszystkim od mieszanki słodów. Klasycznie dzieli się je na dwa rodzaje: tradycyjne angielskie barley wine, po którym możemy spodziewać  się przede wszystkim aromatów karmelu, chleba, suszonych owoców, rodzynek, śliwek oraz nowofalowe amerykańskie, czyli to samo, ale z uderzeniem amerykańskiego chmielu.

Pierwszym winem jęczmiennym z jakim miałem styczność było Mr Hard z Pracowni Piwa, w którym zakochałem się po pierwszym łyku na zeszłorocznym Wrocławskim Festiwalu Dobrego Piwa. Później wypiłem kilka bardzo dobrych (Tally-Ho z Adnamsa, słynny Horn Dog z Flying Doga czy Struis z ‚t IJ) oraz kilka gorszych (Big Worster z Mikkellera czy #100 z Nøgne Ø) przedstawicieli stylu, aczkolwiek wciąż uważam barley wine za jeden z moich ulubionych stylów.

I gdy większość piwoszy i piwowarów rajcuje myśl o Russian Imperial Stoucie, dla mnie ważniejsze było upichcenie w domowym zaciszu własnej interpretacji wina jęczmiennego. Duży efekt wow odcisnął na mnie Preparat z Browaru Artezan, więc moja koncepcja klasycznego angielskiego barley wine zmieniła się w eksperymentalne wędzone wino jęczmienne. Docelowo miało to być moje najmocniejsze piwo, dlatego też otrzymało nazwę najlepszej piosenki z dyskografii Led Zeppelin: Kashmir.

 Standardowo przedstawiam tabelkę z listą potrzebnych składników:

słody chmiele drożdże dodatki
pale ale Halcyon 2kg

pale ale Maris Otter 2kg

pszeniczny 2kg

Abbey 1kg

wędzony nad wiśnią 1kg

wiedeński 1kg

melanoidynowy 0.5kg

whisky 0.5kg

pszeniczny czekoladowy 0.1kg

prażona pszenica 0.5kg

Bramling Cross 50g

East Kent Goldings 50g

Nelson Sauvin 50g

Sovereign 50g

Mangrove Jack’s M07 British Ale

drożdże winne

płatki dębowe amerykańskie mocno przypalone 50g

cukier kandyzowany 50g

 Uff, dużo tego. Sam zasyp to ponad 10 kilogramów ziarna. Podstawą zasypu były dwie angielskie odmiany słodu pale ale: ciasteczkowy Halcyon oraz intensywny aromatycznie Maris Otter. Dodatkowe aromaty i smaki miały pojawić przez zastosowanie słodów pszenicznego, Abbey i melanoidynowego, a wiedeński i pszeniczny czekoladowy miały odpowiadać przede wszystkim za korekcję koloru. Półtora kilograma słodów wędzonych – z czego kilogram fantastycznie pachnącego słodu jęczmiennego wędzonego nad drewnem drzewa wiśniowego oraz pół kilo słodu whisky wędzonego torfem – miało przygotować bombę, którą piwosze zapamiętają na długo.

Bałem się zacierać wszystko w jednym garze, więc podzieliłem tę część procesu na dwa etapy. Najpierw do wody o temperaturze 72ºC wsypałem mieszankę 2.0kg Halcyon + 2.0kg pszenicznego + 0.5kg Abbey + 0.5kg Cherry Briess, którą zacierałem na lenia przez godzinę. Pod przełożeniu zatartego słodu do fermentora, ponownie podgrzałem wodę i dosypałem pozostałe słody. Zacząłem wszystko o szesnastej, a skończyłem filtrację o dwudziestej drugiej.

WP_000677(1)

Filtracja była mordęgą. Po uzyskaniu 14 litrów o wspomnianej godzinie dziesiątej, postanowiłem zacząć gotowanie. Na goryczkę na początku wrzenia poszło całe opakowanie Bramling Cross, później na 15 minut przed końcem dodałem 50g East Kent Goldings, a dziesięć minut później dla aromatu przyprawiłem paczką Nelson Sauvin. W międzyczasie cały czas do garnka dolewałem brzeczkę, gdyż w godzinę udało mi się przefiltrować dodatkowy litr. Przed północą skończyłem warzenie, zapakowałem fermentor z gorącą brzeczką do gara z zimną wodą i poszedłem spać.

Do fermentacji użyłem drożdży Mangrove Jack’s M07 British Ale (przeznaczonymi do mocniejszych piw takich jak właśnie barley wine), które wspomogłem paczką drożdży winiarskich. Kolega w podobny sposób fermentował swoje wino jęczmienne i był zadowolony.

WP_000687(1)

Po ponad dwóch tygodniach fermentacji burzliwej zlałem piwo na cichą. Dodałem przy tym 50g kandyzowanego cukru dla rozruszania drożdży, 50g płatków dębowych dla aromatu oraz 50g chmielu Sovereign; piwo z taką oto mieszanką leżało kolejny miesiąc. Nawet rozlew różnił się od tego etapu przy poprzednich piwach, gdyż postanowiłem zabutelkować wszystko do butelek o pojemności 330ml. Wyszło ich 42 plus jedna duża butla 750ml po francuskim Bière de Garde, które ma szyjkę, którą można zakapslować kapslem 26mm.

SONY DSC

Pierwszą butelkę odtworzyłem po dwóch miesiącach leżakowania w butelkach. Napisałem o nim tak na swoim fejsbukowym profilu:

A oto i pierwsza odkapslowana butelka mojego wina jęczmiennego. KASHMIR, czyli british barley wine ale, które okazało się być bardziej smoked barley wine. Ogólnie zamierzam mu dać jeszcze poleżeć (zabutelkowałem go 60 dni temu), ale pomyślałem, że to dobre piwo na ostatni dzień przed Wielkim Postem.

Kalkulator mówi mi o 12% alkoholu z początkowym ekstraktem około 28 stopni Plato. Fermentowałem to drożdżami piwnymi i winnymi. Na pierwszy rzut oka widać, że nie grzeszy ani dobrą pianą, ani klarownością (choć mam nadzieję, że to drugie się jeszcze poprawi z upływem czasu).

W aromacie mieszanina słodów, wędzonka, suszone śliwki, rodzynki, drewno. O dziwo nie ma nuty alkoholowej. W smaku natomiast na pierwszy plan wychodzą właśnie nuty wędzone (zasługa albo wina słodu wędzonego nad wiśnią oraz słodu whisky), zaraz za nimi mocna podbudowa słodowa. Przy przełknięciu czuć delikatną smyranie alkoholu oraz trochę chmielowej goryczki.

Mimo praktycznie zerowego nasycenia i wysokiej zawartości alkoholu, piwo (wino?) jest ekstremalnie pijalne… o ile lubicie piwa wędzone. Poziom wędzonki pi razy drzwi przypomina Preparat z Browar Artezan. Myślę, że za pół roku smak i alkohol jeszcze bardziej się ułożą i Kashmir będzie wspaniałym towarzyszem wieczorów.

Dwie butelki już trafiły do piwnego depozytu w Piwnicy, więc jeżeli macie coś na wymianę, możecie podskoczyć na Zaporoską. Zamierzam też zabrać kilka butelek na Wrocławski Festiwal Dobrego Piwa.

10985415_887937857925128_5899313093081446466_n

Jestem pewien, że jeszcze kiedyś pokuszę się o uwarzenie takiego potwora. Przede wszystkim jednak poświęcę temu cały dzień i zacznę zacieranie rano, żeby móc przefiltrować zacier spokojnie do wieczora. Muszę skupić się na poprawieniu klarowności (tutaj kłaniają się próby przyspieszenia filtracji, ale także skąpstwo przy zlewaniu z cichej i próbie przyoszczędzenia piwa przy wylewaniu chmielin) oraz zrobić coś z nasyceniem. Na razie jednak mam pół piwnicy zawalone małymi butelkami, więc warzenie kolejnego mocarza odbędzie się pewnie za rok… I kto wie czy nie będzie to dla odmiany stout imperialny?