Po drugiej edycji wrocławskiego Beer Geek Madness wyszedłem chyba mniej niż bardziej zadowolony – szczególnie jeżeli chodzi o poziom piw, których dane mi było spróbować. Spośród smutnych wspomnień mydlanych witbierów, popsutych altów i Saxyberry (brr!) jedno piwo zapadło mi w pamięć bardzo dobrze (pewnie też dlatego, że wypiłem je dwa razy przez to, iż beczki na imprezie się pokończyły, a ja jeszcze miałem w kieszeni żetony). Było to Citrinitas z Browaru Kraftwerk, co zaskoczyło mnie niesłychanie, gdyż nie do końca przepadam za wszystkimi piwami chłopaków ze Śląska.

Wiedziałem, że muszę uwarzyć coś takiego, gdy tylko powąchałem świeżo nalane piwo. Kombinacja doskonała, choć dla wielu z pewnością sama idea brzmi strasznie, a co dopiero przekucie jej w gotowy produkt. Wyobraźcie sobie jasne piwo w stylu American India Pale Ale z mocno goryczką i cytrusowym aromatem pochodzącymi z amerykańskich odmian chmielu, ale z wędzonymi słodami w zasypie oraz dodatkiem ostrej jak diabli papryki chili. Tytułowe ostre, gorzkie i wędzone!

Cały proces produkcyjny rozpocząłem od rekonesansu. No bo ile wędzonki jeszcze będzie fajnie komponowało się z cytrusami, a ile będzie już przesadą? Jakich odmian chili użyć? (tutaj warto dodać, że lubię ostre jedzenie, aczkolwiek chili-headem bym siebie nie nazwał plus moja tolerancja na ostrość ostatnio coś spadła); Jaka ostrość będzie na zadowalającym poziomie? Udało mi się dotrzeć do informacji jakoby w Citrinitas wykorzystano 600g Chipotle (jest to wędzone jalapeño, które zresztą dosyć często wykorzystuję w kuchni) na 35 hektolitry gotowego piwa. 4 gramy na 24 litry w domowej skali brzmiało dla mnie jednak zbyt słabo, więc postanowiłem poeksperymentować. Zakupiłem kilka odmian chili i wio!

Chili!

Chili! Wszystko kupione we wrocławskim sklepie Ale Raj

Do 15 litrów wody w 70ºC dodałem całą bazę przyszłego piwa, czyli zasyp słodowy w postaci 2kg słodu pale ale, po kilogramie słodu grodziskiego i wędzonego bukiem oraz po pół kilo słodów Caramel Pils, Red X i żytniego. Taką wybuchową mieszankę pachnącą kiełbasą zacierałem w 67ºC na lenia przez 70 minut, aby dosyć sprawnie przefiltrować w 40 minut i podgrzać do wrzenia.

Z początkiem gotowania dodałem 25g chmielu Citra. Jaka Citra jest, każdy widzi – piękny aromat, dzięki któremu (i w mojej opinii) gatunek ten został niejako koniem pociągowym całej piwnej rewolucji. Na ostatnie 15 minut godzinnego gotowania dodałem 20g chmielowej odmiany Lemon Drop, na 10 minut kolejne 30g LD i 5g Citry, a na 5 minut pozostałe 20g Citry. W ostatniej minucie do kotła poszło 5g suszonych strąków cayenne oraz 20g wędzonego sproszkowanego Chipotle… Ałć! Całość została zaszczepiona M44 U.S. West Coast przy 14.2 Plato i pozostawiona na burzliwej fermentacji na dwa tygodnie i na cichej na bardzo długie trzy i pół tygodnia, co było spowodowane wyjazdem urlopowym i normalnie bym nigdy nie zrobił czegoś takiego tak lekkiemu piwu.

I co? I nico! Mogłem się posłuchać mądrzejszych ode mnie i dać mniej tego chili, ale oczywiście ciekawość była potężniejsza. Nie mogę być dla siebie zbyt surowy, gdyż przez pierwszy miesiąc z hakiem od skończenia refermentacji po butelkowaniu piwo było pierwsza klasa! Sam byłem zaskoczony balansem między wszystkimi tak skrajnymi domenami: ostrością, cytrusami, goryczką oraz wędzonką. Problem pojawił się  wraz z upływem czasu, gdyż okazuje się, iż kapsaicyna (czyli to, co odpowiada za ostry smak papryki) bardzo dobrze rozpuszcza się w alkoholu. I na mój rozum oznaczać to miało, że piwo będzie z czasem coraz mniej ostre, a okazało się, że jest dokładnie na odwrót.

oro

Moje notatki o piwie na Untappd

Ostatnią butelkę piłem w grudniu i ufff… była bardzo fajna do picia na pół, ale ktoś z naprawdę dużą tolerancją na ostrość dałby radę wypić całe pół litra. Mam jeszcze ostatnią sztukę i najprawdopodobniej zabiorę ją ze sobą na spotkanie piwowarów na WFDP 2016, żeby spróbować przy większym gronie. Na plus na pewno wyszła zbita i firankująca piana oraz aż bijąca w oczy klarowność, która najpewniej była wynikiem przedłużonej o dwa tygodnie wyjazdu cichej fermentacji. Gdybym szybciej pił swoje piwa to pewnie bym nawet nie powiedział złego słowa o moim podejściu do chili IPA.

Ach, no i nazwa! Chili kojarzy mi się z meksykańskimi krajobrazami, a te z kolei wiążą się gdzieś w mojej wyobraźni z Dzikim Zachodem. Stąd już prosta droga do spaghetti westernów, Clinta Eastwooda i genialnego Ennio Morricone, który skomponował L’estasi dell’oro (to z włoskiego The Ecstasy of Gold, czyli doskonały motyw muzyczny z klasycznego filmu Dobry, zły i brzydki z 1966 roku).

Czy mogę polecić ten przepis? Mogę, aczkolwiek osobiście zredukowałbym pewnie chili przy następnym warzeniu lub spróbowałbym szybciej wypić lub rozdać produkt końcowy. Czy uwarzę to jeszcze raz? Myślę, że tak, ale raczej nie w tym roku. Mam tak dużo pomysłów (niektórych bardzo klasycznych, a niektórych naprawdę mocno odjechanych), że trudno mi cokolwiek jeszcze włożyć w mój piwowarski terminarz. Czy jestem zadowolony z tej warki? No pewnie! Najfajniejszą stroną domowego piwowarstwa jest właśnie eksperymentowanie, choć oczywiście nie wychodzi ono zawsze tak jak chcieliśmy. Jesteśmy jednak dzięki temu bogatsi w nowe doświadczenia i każdy następny eksperyment w końcu będzie miał coraz mniejsze ryzyko wpadki. Grunt to chcieć i nie bać się przecierać nowych szlaków!