Tag: pumpkin ale

Mój piwowarski rok 2015

Rok 2014 otrzymał pełne podsumowanie mojej piwowarskiej działalności, więc 2015 nie powinien być traktowany w żaden gorszy sposób, tym bardziej, że był bardzo obfity jeżeli chodzi o domową produkcję piwa. Prawdopodobnie jedną z ważniejszych rzeczą jakie nastąpiły w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy była zmiany nazwy z Browar domowy RGB na Browar domowy Aurora – wiązało się z tym kilka innych rzeczy takich jak nowe logo czy zmiany na profilu na Facebooku. Inną fajną rzeczą było opublikowanie nowej strony browaru, gdzie można przejrzeć dotychczasową birografię lub dowiedzieć się szczegółów dotyczących różnych aspektów piwowarstwa domowego.

Najważniejsze jednak jest piwo, zatem zapraszam do krótkiego przeglądu mojego roku 2015, w którym udało mi się uwarzyć 16 (lub 17 w zależności od tego jak kto liczy) piw w wielu różnych stylach, kolorach i smakach.

1

Już przed Trzema Królami do kotła wrzuciłem słody z myślą uwarzenia klasycznego belgijskiego blonda o nazwie Legalna blondynka. Niestety najprawdopodobniej musiałem pomylić się z obliczaniem koloru lub został wydany mi zły słód, ponieważ piwo wyszło o wiele ciemniejsze niż myślałem i każdy raczej pomyślałby o dubblu, gdyby dostał je podane w szklance. Mimo to piwo wyszło bardzo smaczne, bardzo bananowe i bardzo przyprawowe. Ostały mi się jeszcze dwie butelki i chce zobaczyć jak czas wpłynął na takiego lekkiego belga.

W lutym uwarzyłem jedną z moich najlepszych (i przez wielu uważane za najlepszą) warek, czyli India Pale Ale na pacyficznych chmielach z ryżem w zasypie i jaśminem dodanym do podbudowania aromatu. Wyszło bardzo jasne piwo (zasługa słodu zakwaszającego) z gęstą pianą, a pachnące wprost obłędnie. Znów musiałem coś źle przekalkulować, ponieważ za nic nie dało się wyczuć poziomu goryczki, od którego powstała nazwa JP na 100 IBU (po otworzeniu pierwszej butelki prędzej dałbym 50 IBU). Z przyjemnością je powtórzę, choć jeszcze nie wiem kiedy.

Zanim jeszcze kupiłem sprzęt piwowarski to już wiedziałem, że będę chciał uwarzyć klasycznego niemieckiego Hefeweizena, czyli jasne piwo pszeniczne. Nie przejąłem się licznymi opiniami, że ciężko jest takowe piwo wyprodukować w domu, wsypałem kilka kilo słodu do gara, przyprawiłem niemieckim chmielem i zaszczepiłem specjalnymi drożdżami… Eine kleine weiße Musik było zdatne do picia, ale niestety nie udało mi się wyprodukować oczekiwanej feerii bananów i goździków i gęstej jak śmietana piany. Ot, dostałem fajny napój na wiosenne dni, jednak nie byłem jakoś bardzo zadowolony.

2

10 kwietnia uwarzyłem Savoir-bière – własną interpretację Bière de Garde, czyli francuskiego stylu, który można było zdefiniować jako… całkowity miszmasz. Użyłem różnych ciekawych słodów (między innymi aromatycznego i gryczanego), dodałem owoców jałowca i dębinę, fermentowałem belgijskimi drożdżami i zabutelkowałem z miodem do refermentacjji. Po pierwszej butelce myślałem, że stworzyłem strasznie alkoholowego i niepijalnego potworka, ale koniec końców miło się ułożyło i pokazało, że jest złożonym, ale nie przekombinowanym piwem.

Za to w maju zaczęła się seria warzenia dwóch warek na miesiąc i w takim tempie powstały 23/06 oraz Różany dzik. Pierwszą trochę przekornie nazwałem górnofermentacyjną desítką, ponieważ było to piwo udające czeską dziesiątkę – prosty zasyp, lekkie chmielenie polskim chmielem oraz neutralne drożdże, które miały stworzyć czysty profil aromatyczno-smakowy. Piwo było warzone specjalnie na Dzień Ojca (skąd też nazwa) i posmakowało zarówno mojemu Tacie, jak i Tacie mojej narzeczonej. Okazuje się, że wcale nie trzeba bawić się w dolną fermentację, niskie temperatury i długie lagerowanie, żeby otrzymać normalne piwo w warunkach domowych. Do powtórzenia!

Drugim piwem był belgijski saison przyprawiony suszonymi owocami dzikiej róży i skórką pomarańczy oraz chmielony francuskimi odmianami. Piwo wyszło czerwone, mocno nagazowane, a w aromacie czuć było słodkość róży. Niestety było to też moje pierwsze piwo w tym roku, przy którym ewidentnie coś poszło nie tak, gdyż już po miesiącu zaczęło wyłazić z butelki tuż po odkapslowaniu. Mam jeszcze kilka butelek i wiem, że bardzo fajnie się starzeje, ale lepiej nie otwierać w pokoju.

3

Wiedziałem, że na wakacje chce uwarzyć ponownie witbiera, choć zeszłoroczny Biały kruk niekoniecznie był szczytem marzeń młodego piwowara, a tym bardziej piwosza. Od dłuższego czasu chodziło za mną połączenie mięty z piwem i w taki oto sposób powstała Mentha lavanduliodora. Piwo idealne na lato, rześkie, pijalne i orzeźwiające! Przepis polecam każdemu piwowarowi i już teraz wiem, że na sto procent uwarzę to samo na wakacje 2016.

Innym obowiązkowym letnim piwem jest dla mnie grodziskie. Rok temu zrobiłem smaczne Tradycyjne grodziskie, więc w tym roku powstała reinterpretacja w postaci Tradycyjnego grodziskiego II. Ponownie sto procent zasypu złożonego ze słodu grodziskiego, ale tym razem chmielone Lomikiem i Iungą oraz fermentowane drożdżami od Mangrove Jack’s. Ponowny sukces i kolejne piwo obowiązkowe do powtórzenia. Może następnym razem odważę się na zastosowanie tradycyjnego karuku? Fajnie by też było zdobyć chmiel (nowo?)Tomyski, ale będę się o to martwić przed wakacjami.

Ostatnim letnim piwem było moje pierwsze stracie ze stylami kwaśnymi, czyli Passive-aggresstive. Do kotła dodałem słód zakwaszający oraz dwa kilo agrestu, dzięki czemu uzyskałem przyjemnie kwaśne i rześkie piwo z owocowym aromatem, ale nie będące chamskim chemicznym koncernowym radlerem, o co niektórzy mnie podejrzewali. Kilka butelek mi dalej leżakuje w piwnicy, dzięki czemu wiem, że im dalej, tym bardziej kwaśne się robi. Fajna sprawa na lato, polecam!

4

Kolejną powtórką zeszłorocznego piwa był Żubr AIPA II, czyli klasyczne amerykańskie India Pale Ale. Piwo wyszło poprawnie – tylko lekko opalizujące, cytrusowo gorzkie i buchające aromatem – ale popełniłem podstawowy błąd przy rozlewie i nie dopilnowałem, aby do butelek nie trafiły żadne drobinki chmielu, którego na cichą fermentację poszło baaardzo dużo. Przez to co druga butelka witała piwosza szybko wzbijająca się pianą, ale znów odkryłem, że im dłużej piwo leżało w piwnicy, tym spokojniejsze było przy otwieraniu.

W hołdzie dla Ennio Morricone powstało L’estasi dell’oro, które było luźnym klonem Citrinitas od Kraftwerku, które to mnie zachwyciło podczas wiosennej edycji wrocławskiego Beer Geek Madness. Wyobraźcie sobie India Pale Ale na wędzonym słodzie chmielone amerykańskimi cytrusowymi chmielami oraz przyprawione ostrą papryką. Gorzko, ostro i wędzono! Eksperyment powiódł się tylko w połowie, gdyż piwo było znakomite przez jakiś pierwszy miesiąc po refermentacji. Później kapsaicyna z chili zaczęła powolne wyostrzanie i w tym momencie cieszę się, że nie mam już żadnej butelki, bo ostatnią piłem na pół z kolegą, a i tak było ciężko. Jeżeli miałbym powtarzać to albo dałbym mniej chili, albo spróbowałbym to szybciej wypić.

Z dyńki II to naturalnie powtórzenie zeszłorocznego pumpkin ale Z dyńki. Tym razem do kotła poszło więcej dyni, więcej przypraw, chmiel z mniejszym stężeniem alfa-kwasów oraz inne drożdże, ale wyszło równie dobrze smacznie. Udało się uniknąć rozwarstwienia, na które narzekałem rok temu, dynia była jakby wyraźniejsza i znów udało mi się nie przesadzić z piernikiem. Aż pozwolę sobie zacytować mojego piwnego kumpla: Takie dyniowe to mogłyby robić te nasze polskie kraftsmany!

5

Koniec roku wiąże się z niższymi temperaturami, a co mogłoby rozgrzewać w zimie? Oczywiście, że smakowity belgijski dubbel! W taki oto sposób do gara trafiło sporo belgijskiego słodu z cukrem kandyzowanym, które z belgijskimi drożdżami przemieniły się w ciemne, gęste i słodkie Wyrwane z klasztoru. Bardzo lubię belgijskie style piwa i w moim odczuciu wychodzą mi całkiem nieźle, więc z pewnością będzie to jakiś utrzymujący się trend na przyszłe lata.

Dubbel wyszedł bardzo fajny, ale wyszło go też bardzo dużo, szczególnie jak na moje standardy. Zabutelkowałem zatem tylko 10 litrów bazowego piwa, a do reszty w fermentorze dorzuciłem cynamonu, jagód jałowca, płatków dębowych oraz skórek pomarańczy, aby nadań mu świąteczny klimat i mieć swoje pierwsze Christmas ale. Zabutelkowałem 15 litrów Urwanego z choinki parę dni później i bardzo cieszę się, że to zrobiłem, bo wyszła ciekawa kompozycja. Nie jest to w żadnym wypadku piernik w płynie, bo przyprawy są bardzo subtelne, ale picie sprawia dużo przyjemności.

W Dzień Niepodległości uwarzyłem irlandzkie czerwone ale, czyli wyspiarskiego klasyka, który jest czymś pomiędzy angielskim bitterem a irlandzkim stoutem, a który doprawiłem syropem klonowym. Piwo wyszło bardzo smaczne, tęskniłem za czymś lekkim i słodowym, ale niestety dodatek z Kanady przefermentował całkowicie (a był dodany podczas gotowania, cichej fermentacji oraz jako surowiec do refermentacji) i oscyluje gdzieś na granicy autosugestii. Nazwa Decree E49D139.41 nawiązuje do dokumentu ze skasowanego Expanded Universe Gwiezdnych wojen.

6

Pod koniec 2014 roku wyprodukowałem potwora (wędzone wino jęczmienne Kashmir), więc w tym roku nie chciałem zerwać tradycji i z początkiem grudnia w garze znalazły się surowce na potężnego Russian Imperial Stouta, którego ostateczny początkowy ekstrakt wyniósł 28 stopni Plato, a który będzie fermentował pewnie do początku lutego. Władimir Władimirowicz składał się z 10 kilo słodów i surowców niesłodowanych, chmielony był pięcioma odmianami chmielu na prawie 90 IBU, w tym momencie przefermentował już do 10.5% alkoholu, a będzie docelowo jeszcze doprawiony wanilią i płatkami dębowymi macerowanymi w whisky. Będzie się działo!

Natomiast z wysłodzin po tym potworze powstał lekki mild Niezbyt masywna czarna dziura, który gotowałem i fermentowałem z suszonymi śliwkami. Drożdże jeszcze dogorywają na cichej fermentacji, ale na dniach zostanie na pewno zabutelkowane i z racji niskiego ekstraktu będzie go można pewnie stosunkowo szybko pić.

fbcover007

Rok 2015 uważam za udany. Uwarzyłem mnóstwo dobrego piwa, wypiłem też trochę, choć moja uśredniona statystyka mówi, że spożywam jedynie 13% (!) tego, co wytworzę. Na pewno chciałbym powtórzyć minimum cztery przepisy, które realizowałem w tym roku: trzeci raz grodziskie i dyniowe oraz drugi raz miętowego witbiera oraz agrestowego kwacha.

Plan na pierwszą połowę 2016 roku mam już teoretycznie zamknięty, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby jeszcze coś do niego dodać. Nie zdradzę wszystkiego, ale mogę chyba uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć, że planuję uwarzyć na pewno koźlaka holenderskiego mniej więcej w edług tego przepisu, gose, Roggenbiera i białe India Pale Ale. Oprócz tego mam kilka niespodzianek (w tym jedną mocno ekscentryczną i eksperymentalną, którą chcę zaprezentować na spotkaniu piwowarów na WFDP) plus jedną kooperację ze znanym blogerem.

Mam nadzieję, że najgorsze piwo 2016 roku będzie lepsze niż najlepsze z 2015!

Mój piwny rok 2014

Zdaję sobie sprawę, że mamy połowę marca i nie jest to idealny czas na podsumowania ubiegłego roku, ale na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że ten tekst powstawał od jakiegoś czasu i zwyczajnie nie mogłem znaleźć chwili, aby go ukończyć. To praca, to uczelnia, to setka innych spraw. Uznałem jednak, że to ważna dla mnie sprawa, więc koniec końców zabrałem się za przypominanie sobie, dopisywanie i szeroko pojętą korektę.

O co chodzi? Ano, chciałbym się w tym miejscu pochwalić i w krótki sposób ocenić moją piwowarską działalność w roku 2014 – przede wszystkim po to, aby mieć podsumowanie do którego będę mógł kiedyś wrócić, ale także żeby móc pokazać innym ludziom jakie mogą być wymierne korzyści z prowadzenia takiego hobby.

120IBU

Warto wspomnieć, że moje pierwsze dwa piwa nie powstały na moim sprzęcie. Pierwszym był witbier Zimą wit uwarzony jeszcze w grudniu 2013 roku, a drugim amerykańskie India Pale Ale 120 IBU demokracji z marca; oba warzyłem z moim dobrym kolegą Bartkiem w jego Browarze domowym Kalina. Dzisiaj pozwolę sobie skupić się właśnie na tym drugim piwie.

AIPA chmielona była amerykańskimi Cascade, Columbusem, Mosaicem i Simcoe oraz nowozelandzka Motueką. Było to moje pierwsze spotkanie z instytucją chmielenia na zimno i (na szczęście) od razu pierwsze udane. To była bardzo dobra warka – zarówno pod względem aromatu, smaku, jak i prezencji – i mam nadzieję, że jeszcze ją kiedyś z Bartkiem powtórzymy.

piwa01

Jednak nie ma to jak warzyć na swoim i tak oto w maju udało mi się skompletować pełne oprzyrządowanie i rozpocząć z Gosią i Piotrkiem warzenie własnego piwa jako pretekst do przygotowywania projektu inżynierskiego na zbliżający się ostatni semestr studiowania na I stopniu na Politechnice Wrocławskiej. Amber Gold, czyli American Amber Ale było moim pierwszym i jedynym piwem warzonym z gotowego zestawu surowców kupionego w Twoim Browarze. Wyszło smaczne, choć bez żadnych rewelacji i widać w nim było błędy początkującego piwowara. Przede wszystkim mogłoby być bardziej klarowne, a gdybym je dzisiaj jeszcze raz warzył, z pewnością zastosowałbym intensywniejsze chmielenie na aromat lub na zimno.

Witbier Biały kruk był pół niewypałem i pół ciekawostką przyrodniczą. Przez trzy tygodnie od zabutelkowania średnio nadawał się do spożycia, by następnie mieć dwa tygodnie całkiem przyzwoitego żywota jako białe belgijskie piwo i na koniec stać się niepijalną bombą zegarową. W mojej ocenie problem leżał przede wszystkim w doborze zasypu i zbyt dużej procentowej zawartości surowców niesłodowanych. Szkoda, bo fajne dodatki i chmiel Mandarina Bavaria naprawdę „robiły fajną robotę”, jednak piwo szybko się zepsuło i przy otwieraniu potrafiło zaskoczyć niezłą fontanną piany. Do powtórzenia z solidniejszym zasypem.

Na swoje urodziny uwarzyłem na szybko American Pale Ale Urodzony 4. lipca, które serwowałem gościom na urodzinowym grillu, a później dopijałem przez resztę miesiąca. Piwo było smaczne, choć bardzo krótka fermentacja przeniosła się na całkowity brak klarowności, a jeszcze krótszy czas na refermentację spowodował prawie całkowity brak nasycenia. Piwo pachniało pięknie (w końcu była to mieszanka Cascade i Mandarina Bavaria), do smaku też nie miałem nic do zarzucenia, jednak suma składowa wad zrobiła swoje. Nauczka? Nie przyspieszać nigdy fermentacji.

piwa02

Jeszcze przed kupnem sprzętu wiedzieliśmy, że chcemy uwarzyć amerykańskie IPA, które będzie buchało cytrusowym aromatem i wykrzywiało twarz goryczką. Takim piwem był uwarzony w czerwcu Żubr AIPA chmielony Amarillo, Cascade i Citrą w dużych ilościach. Piwo wyszło lekko zmętnione, z ładną pianą i idealnym wysyceniem. Aromat i smak zdominowały cytrusy, egzotyczne owoce i żywica, czyli wszystko poszło po mojej myśli. Mówią, że to moja najlepsza warka z 2014 roku. Czy to prawda? Nie wiem, ale piwo zdecydowanie zostanie powtórzone w tym roku.

Kolejnym piwem, z którego jestem dumny jest Tradycyjne grodziskie, które warzyliśmy w sierpniu. Lekka pszeniczna wędzonka nie jest czymś, co posmakuje wszystkim, jednak ja byłem wniebowzięty mogąc nad rzeką wypić własnego grodzisza. Piwo było lekko chmielowe w aromacie, średnio mętne, pieniste, mocno nasycone i wędzone. Następnym razem zamierzam poeksperymentować z karukiem i innym gatunkiem chmielu, ale już teraz wiem, że na te wakacje również muszę uwarzyć ten styl.

Największym tegorocznym eksperymentem było pumpkin ale o nazwie Z dyńki. Pieczona dynia Hokkaido w zasypie oraz cynamon, imbir, gałka muszkatołowa i ziele angielskie podczas chmielenia wywołałyby palpitacje serca u niejednego miłośnika Reinheitsgebotu. Piwo wyszło w dwóch wersjach: jedna była lekka, stosunkowo mocno nagazowana z ładną czapą piany i lekko pachnąca przyprawami, podczas gdy druga wersja była gęstym piwem bez piany, ale za to z mocną koncentracją świątecznych aromatów. Wydaje mi się, że problem wynikał z braku mieszania podczas rozlewu, co najpewniej spowodowało rozwarstwienie się piwa pod wpływem tłuszczu z dyni i wszystkich przypraw. Druga wersja stanowiła jakieś 80% warki, ale była bardzo smaczna; to piwo również zamierzam powtórzyć na ten listopad.

piwa03

Dancing with Myself to tytuł piosenki Billy’ego Idola, ale także moja próba skopiowania flagowego piwa ze stajni szkockiego BrewDoga, czyli Punk IPA. Wykorzystałem lepszy sort słodu pale ale (konkretniej Maris Otter) oraz dokładnie tę są mieszankę gatunków chmielu (Ahtanum, Chinook, mój ulubiony na tę chwilę Nelson Sauvin i Simcoe), jednak nie udało mi się dorównać kunsztowi piwowarów z Ellon. Nie żebym narzekał albo wylewał piwo do zlewu – było smaczne, a momentami nawet bardzo, jednak profil słodowy nieco za bardzo się wybijał ponad chmiel, a klarowność również pozostawiała wiele do życzenia. Jeszcze w styczniu piłem ostatnią butelkę i byłem z niej zadowolony.

Mleczny stout Ostatni pocałunek był z kolei moją pierwszą przygodą ze światem ciemnych piw. Mój problem ze stoutami jest taki, że nie piję w ogóle kawy, a aromaty i smaki palone idące w stronę cappuccino w żaden sposób mi nie podchodzą. Wszyscy jednak chcieli spróbować stout, więc uwarzyłem stout… mleczny. Po krótkiej rozmowie z Wojtkiem Solipiwko we wrocławskiej Marynce uznałem, że nie będę się bawił w półśrodki i zrobię prawdziwą laktozową bombę. Piwo wyszło w opinii wielu osób znakomicie; wyglądało świetnie z gęstą czapą piany i smakowało jak mocna kawa z mlekiem, choć czuć było również aromaty chmielowe. Jakoś się złożyło, że wypiłem aż pięć butelek, ale dalej nie jestem przekonany, że kiedykolwiek polubię stouty.

W listopadzie uwarzyłem wino jęczmienne Kashmir zawdzięczające nazwę najlepszemu utworowi z dyskografii Led Zeppelin. Przy konstruowaniu przepisu celowałem w klasyczne angielskie barley wine, jednak koniec końców postanowiłem zmutować podstawową recepturę i dodać mocny twist. Wędzone barley wine zostało przedstawione przez Browar Artezan w październiku jako Preparat, a ja nie chciałem być w żaden sposób gorszy. W taki oto sposób do gara trafiło ponad dziesięć kilogramów słodu (w tym 20% wędzonego na różnoraki sposób), co ostatecznie dało potwora rzędu 28 stopni Plato. Piwo zabutelkowałem tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, a pierwszą butelkę otworzyłem w połowie lutego. Wrażenia z degustacji publikowałem na Facebooku i mam duże nadzieje co do tego piwa. Kolejne butelki zamierzam otworzyć w okolicach maja.

 010 Ruda na myszach

Ostatnim moim piwem warzonym w 2014 roku było nowoczesne szkockie ale Ruda na myszach. Jasne piwo z potężnym aromatem dębu i whisky uważam za ciekawy i przede wszystkim udany eksperyment. Z wielkim zdziwieniem (i jeszcze większą radością) odkryłem ostatnio, że w piwnicy zostały mi nie trzy, ale siedem ostatnich butelek, więc mam nadzieję, że piwo dotrzyma do kwietnia i okaże się jeszcze lepszym po wyleżakowaniu.

Wychodzi na to, że w rok (a dokładniej w osiem miesięcy) uwarzyłem 11 warek piwa średnio po 18-20 litrów na warkę; oczywiście prawie wszystkie warzyłem „na spółę”, więc moim rekordem w liczbie wypitych butelek jest Żubr AIPA i Z dyńki, których wypiłem raptem po osiem butelek (na przeciwległym biegunie leży Biały kruk z trzema butelkami). W 2015 zamierzam pobić ten rekord, a na dzień dzisiejszy mam na koncie jedno uwarzone i rozlane piwo (smakowity belgijski blond Legalna blondynka) oraz dwie fermentujące warki: japońskie IPA oraz klasycznego niemieckiego Hefeweizena. W planach mam powtórzenie przynajmniej trzech zeszłorocznych piw (AIPA, grodziskie i dyniowe) oraz kilka pomysłów – jednych bardziej, drugich mniej ortodoksyjnych. Co byście powiedzieli na witbiera z miętą albo milda z wędzonymi śliwkami?

Domowa produkcja piwa okazała się być bardzo ciekawym, zajmującym oraz przede wszystkim przynoszącym wymierne korzyści hobby. W tym momencie praktycznie przestałem pić jakiekolwiek koncernowe piwa na rzecz własnych wyrobów oraz ciekawszych przedstawicieli polskiego lub zagranicznego rzemiosła. Lubię mieć kontrolę nad całym procesem powstawania piwa: od układania receptury, przez sam proces warzenia, fermentację i butelkowanie, aż po degustację gotowego produktu. Jest w tym jakaś magia… i nie dotyczy ona jedynie mieszania wielgachną łychą w wielkim garze wypełnionym różnorakimi surowcami.

Dyniowe piwo na Halloween

Piwa dyniowe są tradycyjnie warzone w Stanach Zjednoczonych na okres jesienny – zarówno przez wielkie koncerny, jak i browary rzemieślnicze – i powinny nierozerwalnie kojarzyć się z Halloween, którego podstawowym symbolem jest właśnie dynia. Gdy nasze markety już zaczynają być zasypywane zniczami i wszelakimi promocjami na Wszystkich Świętych, za Atlantykiem sklepowe półki już zaraz będą się uginać pod butelkami z charakterystycznymi pomarańczowymi etykietami. Kwestia kultury.

Dlaczego dynia? Czytałem kiedyś, że Europejczycy pielgrzymujący do Nowego Świata spożywali dynię pod każdą postacią, bo… rosła wszędzie. Do czasów obecnych ta wymuszona dieta przetrwała pod postacią świątecznego ciasta z dyni, które piecze się na Święto Dziękczynienia. Internet mówi, że powinien to być pomarańczowy w barwie placek, którego aromat można byłoby nam opisać jako zapach bożonarodzeniowych pierniczków; nic dziwnego, skoro „przyprawa do ciasta dyniowego” składa się z mieszanki cynamonu, imbiru, wanilii, gałki muszkatołowej, goździków lub ziela angielskiego.

pumpkin-beer-2012
amerykańskie piwa dyniowe (zdjęcie z bloga JustBeer)

Ale wróćmy do piwa. Nigdzie nie ma określonych szczegółów tego ciekawego stylu, więc wszystko zależy od inwencji twórczej piwowara… lub minimalizacji kosztów browaru. W moim odczuciu prawdziwe pumpkin ale powinno być uwarzone z dynią w zasypie, jednak podobno wiele amerykańskich piw jest po prostu aromatyzowanych charakterystyczną przyprawą. Jeszcze częściej wykorzystuje się ponoć gotowe puszki z upieczoną i przyprawioną dynią, ale wszystko to mi się kojarzy z warzeniem piwa z ekstraktu z puszki. Po co miałbym korzystać z gotowych rozwiązań, skoro wszystko mogę zrobić sam – po swojemu?

Jeżeli chcielibyście spróbować komercyjnych przykładów dyniowego piwa, musicie uzbroić się w cierpliwość i poczekać do końca października. Zarówno Pinta, jak i AleBrowar zapowiedziały na swoich facebookowych profilach powroty odpowiednio Dyniamitu i Naked Mummy, a kto wie czy któryś z pozostałych browarów rzemieślniczych nie zaskoczy nas w tym roku własną interpretacją pumpkin ale? Piwa powinny pojawić się w multitapach i sklepach specjalistycznych tuż przed amerykańskim Halloween, a naprawdę warto spróbować, bo to ciekawa odskocznia od zwykłego piwa.

W swoim pumpkin ale wykorzystałem następujące surowce:

słody chmiele drożdże dodatki
pale ale 2kg
wiedeński 2kg
Biscuit 0,5kg
melanoidynowy 0,5kg
Admiral 40g (14,3%) Fermentis Safale US-05 dynia pieczona
przyprawa do ciasta dyniowego 20g
mech irlandzki 5g

Przewertowałem chyba tuzin internetowych przepisów na piwa dyniowe, z każdego wyjąłem najciekawsze elementy i skomponowałem własną recepturę. Największą niewiadomą była oczywiście dynia, bo nie dość, że nigdy nie dodawałem czegoś takiego do piwa, to jeszcze nigdy nie miałem okazji nawet dyni kupić. Spacerek do pobliskiego warzywniaka zakończył się zakupem dyni odmiany Hokkaido ważącej ponad trzy i pół kilo. Po obraniu, pokrojeniu w dość nieregularną kostkę, posłodzeniu i godzinnym pieczeniu w temperaturze 220ºC otrzymałem nieco ponad półtora kilo rozmemłanej i ciepłej dyni. Smakowało to całkiem smacznie, ale nie wiem czy mógłbym się tym odżywiać jak Pielgrzymi.

WP_000593 WP_000598
(po lewej: dynia podczas krojenia; po prawej: pieczenie)

Zasyp dobrałem w taki sposób, aby uzyskać piwo w kolorze pomarańczy wchodzącej w czerwień (jutro zamierzam butelkować, więc zobaczymy czy udało mi się wycyrklować wszystko zgodnie z planem). Belgijski słód Biscuit miał nadać piwu biszkoptowe posmaki, a niemiecki melanoidynowy – podbić pełnię smaku. Dynia ogólnie wydaje mi się być neutralna smakowo i tak też to wygląda w piwie, ponieważ samego smaku dyni nie czuć jako tako, jednak powinien wystąpić specyficzny posmak. Tyle teorii, poniżej przestawiam przepis.

Do siedemnastu litrów wody w temperaturze 70ºC wsypałem pięć kilogramów słodów jęczmiennych (po 2 kilogramy pale ale i wiedeńskiego oraz po pół kilo Biscuit i melanoidynowego) oraz półtora kilograma upieczonej uprzednio dyni. Godzinę leniwie zacierałem w temperaturze 67ºC, po czym podgrzałem do 72ºC i zlałem na filtrację. Ciekawa rzecz: po dziesięciu minutach zacierania dynia praktycznie się rozpuściła w garnku i można było napotkać jedynie jej pestki pływające w zacierze. Odbiło się to negatywnie podczas filtracji, która trwała dwie godziny i zmasakrowała wężyk z oplotu. Na szczęście koniec końców udało nam się przelać dwadzieścia kilka litrów brzeczki do garnka służącego za kadź warzelną i rozpocząć gotowanie.

WP_000603 WP_000604
(po lewej: zacieranie; po prawej: brzeczka przelana do fermentora)

Przy zagotowaniu dodałem 20g brytyjskiego chmielu Admiral. W 55. minucie gotowanie wsypałem kolejne 20g na smak oraz 5g mchu irlandzkiego, który pomaga przy klarowaniu piwa. W 60. minucie dodałem około 20g przyprawy dyniowej, której skład znalazłem na piwo.org. W moim przypadku były to cztery łyżeczki cynamonu, dwie łyżeczki imbiru i po łyżeczce gałki muszkatołowej i ziela angielskiego. Warzenie zakończyłem w 65. minucie gotowania.

Zapach rozchodzący się po mieszkaniu przez kolejne dwanaście godzin był przecudowny. Gotowany słód i świąteczne przyprawy narobiły takiego świątecznego klimatu, że już chciałem ubierać choinkę. Samo piwo grzecznie przefermentowało na dwutygodniowej burzliwej, a zabutelkuję je po dodatkowym tygodniu fermentacji cichej. Przy zlewaniu na cichą dalej świetnie pachniało, więc jestem dobrej myśli. Kupiłem nawet pomarańczowe kapsle, żeby w wyjątkowy sposób odznaczyć to ciekawe piwo spośród reszty domowych wypustów.

Pierwsze degustacje zaczną się pewnie w okolicy połowy października, ale mam nadzieję, że piwo pełnię smaku uzyska właśnie pod koniec miesiąca, aby wszystko było zgodne z – obcą, bo obcą, ale zawsze – tradycją.