Tag: lato

Miętowy witbier

Do tej pory miętę jako sensowny dodatek piwowarski spotkałem jedynie w dwóch piwach; były to Magic #7: Pineapple and Spearmint Wit ze szwedzkiego browaru kontaktowego Omnipollo (choć warzone w belgijskim De Proefbrouwerij) oraz Kolender z Miętolina z gdańskiego Browaru Lubrow. Oba można sklasyfikować jako witbiery, choć ten drugi na etykiecie opisany jest oryginalnie jako fresz łit ejl; pierwszy mnie zawiódł nikłym aromatem (brakowało zarówno tytułowej mięty, jak i ananasa) i psującym odbiór kwasem, a drugi był pyszny, choć dla wielu zbyt przypominający płynną pastę do mycia zębów ze względu na ilość użytej mięty.

Sama idea dodania mięty do warzenia powinna wydawać się słuszną, ponieważ orzeźwiający aromat teoretycznie mógłby się fajnie komponować ze słodowo-słodko-cytrusowym profilem belgijskiego piwa pszenicznego. Nakupowałem zatem potrzebnych surowców, przewertowałem internet i zasiadłem do eksperymentu:

słody chmiele drożdże dodatki
pszeniczny 2.0kg
pilzneński 1.5kgpłatki owsiane 0.9kg
niesłodowana pszenica 0.5kg
Iunga (PL) 25g Mangrove Jack’s M27 Belgian Ale mięta pieprzowa 5g
mięta nana 15g
skórki pomarańczy 15g
trawa cytrynowa 15g
kolendra 15g

Bazą piwa był słód pszeniczny; tradycyjny witbier powinien składać się z niesłodowanej pszenicy i słodu jęczmiennego w proporcjach fifty-fifty, jednak zeszłoroczna wpadka ze zbyt dużym udziałem surowców niesłodowanych zniechęciła mnie do pójścia w tę stronę. Dodam, że płatki owsiane (użyłem pół kilo zakupionych w sklepie dla piwowarów i 400g błyskawicznych płatków z Biedronki) są świetnym uzupełnieniem każdego witbiera, nadają aksamitnej tekstury i podbijają słodowość piwa – będę polecał ich dodawanie każdemu, kto będzie brał się z ten styl piwny. Jedno z najlepszych piw tego roku – Król lata Browaru Pinta w pseudostylu oatmeal witbier – tylko potwierdza moją teorię.

Wiedziałem, że nie ma co kombinować z chmieleniem, więc po prostu użyłem chmielu odmiany Iunga, który kupiłem przede wszystkim z zamiarem wykorzystania do drugiej warki Tradycyjnego grodziskiego. Tak naprawdę chmiel grał tutaj drugo-, a nawet trzecioplanową rolę, więc koniec końców mogłoby to być cokolwiek.

WP_20150617_001(warzenie przebiegło bez żadnych problemów)

Najważniejszą sprawą było oczywiście dobranie odpowiednich proporcji odpowiednio wybranych dodatków. Klasycznego wita prosto z Belgii przyprawia się skórkami pomarańczy curaçao i kolendrą, ale jak w to wkomponować miętę? Jakich odmian użyć? Kiedy ją dodać? Czy jeżeli chmielem się chmieli to czy miętą się mięci? A może miętoli? To były trudne decyzje, ale ostatecznie postawiłem na mieszankę standardowej mięty pieprzowej (od której piwo wzięło nazwę) i przepięknie pachnącej mięty nana, którą polecił mi przemiły pan sprzedający przyprawy w Hali Targowej. Dodatkowych wrażeń sensorycznych miały dostarczyć skórki pomarańczy, kolendra oraz trawa cytrynowa.

Tutaj pozwolę sobie wtrącić małą dygresję na temat dodatków. Wiele rzeczy potrafi świetnie komponować się z jedzeniem lub nawet innym piwem, ale nie znaczy to w żadnym wypadku, że będzie się komponowało ze wszystkim innym. Jeżeli chcecie przystąpić do eksperymentowania to serio warto przekopać pół internetu i sprawdzić czy Wasz pomysł nie okazał się być czyimś Waterloo. Mięta fajnie komponowała się z witem, ale nikt raczej nie będzie jej dodawał do grodziskiego, ale chodzi tutaj także o sprawdzenie mniej więcej odpowiednich proporcji. Przykładowo trawa cytrynowa – która pachnie obłędnie i aż prosi się o dodanie w setkach gramów na te dwadzieścia litrów piwa – w większych ilościach generuje posmaki mydlane i kompletnie psuje piwo. Wiem, że eksperymenty bardzo kuszą, ale bez zapoznania się z ogólnie dostępną wiedzą łatwo zamienić ciekawy eksperyment w losowe wrzucanie surowców i sprawdzanie co się stanie? Po co psuć sobie całą warkę?

WP_20150717_12_06_18_Pro 1

Przepis? Wrzucić wszystko (czyli te prawie pięć kilo ziarna) do gara z piętnastoma litrami wody i zacierać na lenia przez 65 minut w 68 stopniach. Chętni lub sceptyczni wobec jakości dostępnych na rynku słodów mogą zrobić próbę jodową, ale raczej w takim czasie skrobia nie powinna już nam przeszkadzać. Przed filtracją i wysładzaniem robiłem wygrzew do jakichś 75ºC w celu poprawienia filtracji; faktycznie pomogło, gdyż po 40 minutach do gotowania zlałem prawie 25 litrów brzeczki.

Po rozpoczęciu gotowania dodałem 5g mięty pieprzowej oraz 5g naszej polskiej Iungi – symbolicznie na jakąkolwiek goryczkę. Pół godziny później dodałem 5g nany – tym razem dla smaku. Na 10 minut przed końcem wsypałem następującą mieszankę: 10g Iungi i po 5g nany, kolendry i skórek pomarańczy, a po pięciu minutach dodałem ostatnie 5g nany, po 10g Iungi, kolendry i skórek pomarańczy oraz 15g trawy cytrynowej. Warzenie trwało godzinę i wszystkie dodatki wrzucałem do muślinowych siateczek, bez których straciłbym pewnie połowę brzeczki na usunięcie pływających odpadów. Piwo chłodziłem do późnego wieczora i zadałem uwodnione uprzednio drożdże Mangrove Jack’s M27 Belgian Ale. Po trzech tygodniach fermentacji (dla odmiany bez przelewania na cichą) zabutelkowałem 20 litrów piwa z trzema gramami glukozy na litr.

WP_20150727_19_40_46_Pro

Piwo po dwóch tygodniach od rozlewu wyszło… znakomite. I na całe szczęście nie jest to tylko moja opinia, ale również zdanie wielu innych ludzi – zarówno piwowarów domowych, piwoszy znających świat rzemieślniczych piw, jak i zwykłych normalnych ludzi. Udało mi się zachować balans między pszenicznym smakiem, orzeźwiającym aromatem z mieszanki cytrusów i kolendry oraz cudowną miętą, która niczego nie zdominowała, a jedynie kryła się między pozostałymi częściami składowymi piwa.

O dziwo wyszło bardziej klarowne niż chciałem – wszak witbier nie powinien charakteryzować się przesadną klarownością – ale nie będę jakoś bardzo narzekał na dobra płynące z długiej fermentacji. Nagazowanie też wyszło bez zarzutu, chociaż ostatnie butelki (otwierane jeszcze w październiku) zdecydowanie straciły swoją orzeźwiającą moc, więc gdyby ktoś planował użycie mojego przepisu to raczej sugerowałbym szybkie wypicie. Śmiem twierdzić, że na chwilę obecną jest to jedno z trzech piw, zaraz po JP na 100 IBU i chyba pierwszej warce Żubra AIPA, z których jestem najbardziej dumny w swojej krótkiej karierze domowego piwowara.

Zdecydowanie kandydat do powtórzenia w przyszłym roku!

Jakie piwo na lato?

Idzie długo oczekiwane lato ze swoimi wysokimi temperaturami i długimi dniami, więc naturalną rzeczą będzie częstsze sięganie po piwo. Jakie to będzie piwo? Najczęściej typowo koncernowe jasne lagery dostępne w każdym sklepie i nie różniące się między sobą niczym poza etykietą i ceną, oczywiście nijakie w smaku i masowo produkowane tak, aby podchodziły jak największej rzeszy ludzi. Ewentualnie faszerowane chemią radlery o smakach cytrynowych, które zamiast orzeźwiać, najczęściej zalewają kubki smakowe słodzikami. W żadnym wypadku nie zamierzam nikogo krytykować za taki wybór – rozumiem, że to kwestia ceny za litr, obecności we wszystkich spożywczakach czy zwykłych przyzwyczajeń – aczkolwiek chciałbym przedstawić kilka ciekawych propozycji na nadchodzące upały.

Punkt pierwszy: witbiery. Są to (jak sama nazwa wskazuje) białe piwa pszeniczne, których styl powstał w Belgii, a które są ostatnio podobno popularne w krajach słowiańskich. W moim ulubionym wydaniu charakteryzują się cytrusową orzeźwiającą lekkością oraz wręcz buchającym znad szklanki aromatem kolendry i skórek pomarańczy. I choć może na papierze wyglądać to na karkołomne połączenie, z pewnością jest warte spróbowania – szczególnie w gorący dzień, a najlepiej przy grillowanej piersi kurczaka.

Za najlepszego polskiego wita uważa się piwo Witbier z Browaru Kormoran z serii Podróże Kormorana, jednak jest ono dostępne praktycznie tylko w sklepach specjalistycznych, a średnia cena oscylująca koło ośmiu złotych za butelkę z pewnością odstraszy wielu ludzi dopiero zaczynających poznawanie piwnego świata. To samo tyczy się importowanych belgijskich specjałów typu Hoegaarden czy Blanche de Namur, które są pyszne, ale zwyczajnie drogie. Można spróbować z Żywcem Białym, który jest dolnofermentacyjną wariacją na temat witbiera, a znaleźć go można w większości marketów, a nawet i w osiedlowych sklepach – jednak do prawdziwego wita jest mu daleko. Najlepszym rozwiązaniem w moim odczuciu jest albo uwarzenie własnego witbiera (co wszystkim polecam), albo piwo Pszeniczne Białe z Browaru Namysłów. Moje odkrycie zeszłego lata jest świetnym piwem za rozsądną cenę (około czterech złotych za butelkę?) i spełniającym przy tym wszystkie kryteria dobrego witbiera. Polecam!

Wiadomo, że przy wysokiej temperaturze alkohol szybciej uderza do głowy, a co to za przyjemność posiedzieć przy grillu lub nad rzeką i po trzech-czterech piwach być już pijanym? Dlatego drugim punktem będą zwyczajne jasne piwa bez żadnych dodatków i udziwnień, ale z zawartością alkoholu na granicy umownych czterech procent objętości. Osobiście uważam, że taki woltaż jest idealny dla standardowego piwa, jednak szybko można się przekonać, że wcale nie tak łatwo jest znaleźć coś odpowiadającego tym warunkom.

lagery

Popularne i podobno smaczne Książęce Jasne Ryżowe ma 4,5% i wydaje się być najlżejszym koncernowym piwem, które jednocześnie nie jest radlerem. Moim faworytem jest pils Lwówek Wrocławskie z 4,2% alkoholu (poza kategorią jasnych lagerów polecam też belgijskie pale ale Lwówek Belg oraz APA Lwówek Jankes z taką samą zwartością alkoholu jak Wrocławskie), nawet pomimo coraz częstszych narzekań w internecie na spadającą formę wszystkich Lwówków. Jednak prawdziwym zwycięzcą w tej kategorii będą tak zwane czeskie desítki, czyli lekkie piwa z dziesięcioprocentowym ekstraktem bardzo popularne u naszych południowych sąsiadów. Hradební z browaru Polička, Opat z Broumova, Krakonoš z Trutnova, Skalák z Rohozca, piwa Svijany… Można by wymieniać i wymieniać. Ich największymi zaletami jest doskonały smak czeskiego piwa, niska cena oraz stosunkowo dobra dostępność, szczególnie na Dolnym Śląsku. Warto poeksperymentować i znaleźć swoje ulubione, do czego gorąco namawiam.

Ostatnia kategoria będzie z serii ciekawostek piwnych, co wcale nie oznacza, że przestawione piwa będą w jakiś sposób gorsze od wyżej wymienionych. Ba, jest to jeden z moich ulubionych stylów piwnych, wracam do niego jak najczęściej i przymierzam się do uwarzenia eksperymentalnej warki w lipcu. Mowa o grodziskim, czyli de facto jedynym rdzennie polskim stylu, który zaginął w odmętach historii dobity przez koncerny pod koniec ubiegłego wieku. Teraz, w głównej mierze dzięki piwowarom domowym, grodzisz przeżywa swój renesans – jednak na razie tylko na scenie rzemieślniczej. Plotki mówią, że pod koniec roku możemy w szerokiej dystrybucji spodziewać się grodziskiego z Browaru Fortuna, ale teraz pozostaje nam jedynie PINTA, Artezan i Pracownia Piwa.

grodziskie

Ale o co chodzi? Grodziskie to lekkie pszeniczne piwo górnej fermentacji o słomkowej barwie, zacierane na wędzonym zasypie i z alkoholem nieprzekraczającym trzech procent. Trudno jest je opisać osobie, która nigdy nie miała styczności z wędzonym piwem, bo to pewnego rodzaju abstrakcja. Zdaję sobie sprawę, że duża, a może nawet bardzo duża część piwoszy nie jest w stanie zdzierżyć grodziskiego, dlatego nie zamierzam go nikomu polecać jako najlepszego piwa na upały… co nie zmienia faktu, że sam z ogromną przyjemnością wypełniłbym całą spiżarnię skrzynkami z grodziszem.

Mam nadzieję, że kogoś przekonałem do sprawdzenia czegoś ciekawszego niż kolejne Tyskie Gronie, Żubr czy Warka Radler w obliczu nadchodzących ciepłych dni. Starałem się wybierać piwa dostępne i relatywnie tanie, bo nie sztuką jest polecać Lady Blanche z AleBrowaru, która kosztuje ponad siedem złotych za butelkę i jest dostępna przez jeden dzień w roku, a potem narzekać, że nikt nie chce pić ze mną moich cudacznych piw. Na dniach postaram się opracować i opublikować relacje i przepisy odnośnie warzonych w zeszłym tygodniu pale ale oraz American India Pale Ale, które sobie spokojnie fermentują we Wrocławiu. Do przeczytania!