Tag: desítka

Mój piwowarski rok 2015

Rok 2014 otrzymał pełne podsumowanie mojej piwowarskiej działalności, więc 2015 nie powinien być traktowany w żaden gorszy sposób, tym bardziej, że był bardzo obfity jeżeli chodzi o domową produkcję piwa. Prawdopodobnie jedną z ważniejszych rzeczą jakie nastąpiły w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy była zmiany nazwy z Browar domowy RGB na Browar domowy Aurora – wiązało się z tym kilka innych rzeczy takich jak nowe logo czy zmiany na profilu na Facebooku. Inną fajną rzeczą było opublikowanie nowej strony browaru, gdzie można przejrzeć dotychczasową birografię lub dowiedzieć się szczegółów dotyczących różnych aspektów piwowarstwa domowego.

Najważniejsze jednak jest piwo, zatem zapraszam do krótkiego przeglądu mojego roku 2015, w którym udało mi się uwarzyć 16 (lub 17 w zależności od tego jak kto liczy) piw w wielu różnych stylach, kolorach i smakach.

1

Już przed Trzema Królami do kotła wrzuciłem słody z myślą uwarzenia klasycznego belgijskiego blonda o nazwie Legalna blondynka. Niestety najprawdopodobniej musiałem pomylić się z obliczaniem koloru lub został wydany mi zły słód, ponieważ piwo wyszło o wiele ciemniejsze niż myślałem i każdy raczej pomyślałby o dubblu, gdyby dostał je podane w szklance. Mimo to piwo wyszło bardzo smaczne, bardzo bananowe i bardzo przyprawowe. Ostały mi się jeszcze dwie butelki i chce zobaczyć jak czas wpłynął na takiego lekkiego belga.

W lutym uwarzyłem jedną z moich najlepszych (i przez wielu uważane za najlepszą) warek, czyli India Pale Ale na pacyficznych chmielach z ryżem w zasypie i jaśminem dodanym do podbudowania aromatu. Wyszło bardzo jasne piwo (zasługa słodu zakwaszającego) z gęstą pianą, a pachnące wprost obłędnie. Znów musiałem coś źle przekalkulować, ponieważ za nic nie dało się wyczuć poziomu goryczki, od którego powstała nazwa JP na 100 IBU (po otworzeniu pierwszej butelki prędzej dałbym 50 IBU). Z przyjemnością je powtórzę, choć jeszcze nie wiem kiedy.

Zanim jeszcze kupiłem sprzęt piwowarski to już wiedziałem, że będę chciał uwarzyć klasycznego niemieckiego Hefeweizena, czyli jasne piwo pszeniczne. Nie przejąłem się licznymi opiniami, że ciężko jest takowe piwo wyprodukować w domu, wsypałem kilka kilo słodu do gara, przyprawiłem niemieckim chmielem i zaszczepiłem specjalnymi drożdżami… Eine kleine weiße Musik było zdatne do picia, ale niestety nie udało mi się wyprodukować oczekiwanej feerii bananów i goździków i gęstej jak śmietana piany. Ot, dostałem fajny napój na wiosenne dni, jednak nie byłem jakoś bardzo zadowolony.

2

10 kwietnia uwarzyłem Savoir-bière – własną interpretację Bière de Garde, czyli francuskiego stylu, który można było zdefiniować jako… całkowity miszmasz. Użyłem różnych ciekawych słodów (między innymi aromatycznego i gryczanego), dodałem owoców jałowca i dębinę, fermentowałem belgijskimi drożdżami i zabutelkowałem z miodem do refermentacjji. Po pierwszej butelce myślałem, że stworzyłem strasznie alkoholowego i niepijalnego potworka, ale koniec końców miło się ułożyło i pokazało, że jest złożonym, ale nie przekombinowanym piwem.

Za to w maju zaczęła się seria warzenia dwóch warek na miesiąc i w takim tempie powstały 23/06 oraz Różany dzik. Pierwszą trochę przekornie nazwałem górnofermentacyjną desítką, ponieważ było to piwo udające czeską dziesiątkę – prosty zasyp, lekkie chmielenie polskim chmielem oraz neutralne drożdże, które miały stworzyć czysty profil aromatyczno-smakowy. Piwo było warzone specjalnie na Dzień Ojca (skąd też nazwa) i posmakowało zarówno mojemu Tacie, jak i Tacie mojej narzeczonej. Okazuje się, że wcale nie trzeba bawić się w dolną fermentację, niskie temperatury i długie lagerowanie, żeby otrzymać normalne piwo w warunkach domowych. Do powtórzenia!

Drugim piwem był belgijski saison przyprawiony suszonymi owocami dzikiej róży i skórką pomarańczy oraz chmielony francuskimi odmianami. Piwo wyszło czerwone, mocno nagazowane, a w aromacie czuć było słodkość róży. Niestety było to też moje pierwsze piwo w tym roku, przy którym ewidentnie coś poszło nie tak, gdyż już po miesiącu zaczęło wyłazić z butelki tuż po odkapslowaniu. Mam jeszcze kilka butelek i wiem, że bardzo fajnie się starzeje, ale lepiej nie otwierać w pokoju.

3

Wiedziałem, że na wakacje chce uwarzyć ponownie witbiera, choć zeszłoroczny Biały kruk niekoniecznie był szczytem marzeń młodego piwowara, a tym bardziej piwosza. Od dłuższego czasu chodziło za mną połączenie mięty z piwem i w taki oto sposób powstała Mentha lavanduliodora. Piwo idealne na lato, rześkie, pijalne i orzeźwiające! Przepis polecam każdemu piwowarowi i już teraz wiem, że na sto procent uwarzę to samo na wakacje 2016.

Innym obowiązkowym letnim piwem jest dla mnie grodziskie. Rok temu zrobiłem smaczne Tradycyjne grodziskie, więc w tym roku powstała reinterpretacja w postaci Tradycyjnego grodziskiego II. Ponownie sto procent zasypu złożonego ze słodu grodziskiego, ale tym razem chmielone Lomikiem i Iungą oraz fermentowane drożdżami od Mangrove Jack’s. Ponowny sukces i kolejne piwo obowiązkowe do powtórzenia. Może następnym razem odważę się na zastosowanie tradycyjnego karuku? Fajnie by też było zdobyć chmiel (nowo?)Tomyski, ale będę się o to martwić przed wakacjami.

Ostatnim letnim piwem było moje pierwsze stracie ze stylami kwaśnymi, czyli Passive-aggresstive. Do kotła dodałem słód zakwaszający oraz dwa kilo agrestu, dzięki czemu uzyskałem przyjemnie kwaśne i rześkie piwo z owocowym aromatem, ale nie będące chamskim chemicznym koncernowym radlerem, o co niektórzy mnie podejrzewali. Kilka butelek mi dalej leżakuje w piwnicy, dzięki czemu wiem, że im dalej, tym bardziej kwaśne się robi. Fajna sprawa na lato, polecam!

4

Kolejną powtórką zeszłorocznego piwa był Żubr AIPA II, czyli klasyczne amerykańskie India Pale Ale. Piwo wyszło poprawnie – tylko lekko opalizujące, cytrusowo gorzkie i buchające aromatem – ale popełniłem podstawowy błąd przy rozlewie i nie dopilnowałem, aby do butelek nie trafiły żadne drobinki chmielu, którego na cichą fermentację poszło baaardzo dużo. Przez to co druga butelka witała piwosza szybko wzbijająca się pianą, ale znów odkryłem, że im dłużej piwo leżało w piwnicy, tym spokojniejsze było przy otwieraniu.

W hołdzie dla Ennio Morricone powstało L’estasi dell’oro, które było luźnym klonem Citrinitas od Kraftwerku, które to mnie zachwyciło podczas wiosennej edycji wrocławskiego Beer Geek Madness. Wyobraźcie sobie India Pale Ale na wędzonym słodzie chmielone amerykańskimi cytrusowymi chmielami oraz przyprawione ostrą papryką. Gorzko, ostro i wędzono! Eksperyment powiódł się tylko w połowie, gdyż piwo było znakomite przez jakiś pierwszy miesiąc po refermentacji. Później kapsaicyna z chili zaczęła powolne wyostrzanie i w tym momencie cieszę się, że nie mam już żadnej butelki, bo ostatnią piłem na pół z kolegą, a i tak było ciężko. Jeżeli miałbym powtarzać to albo dałbym mniej chili, albo spróbowałbym to szybciej wypić.

Z dyńki II to naturalnie powtórzenie zeszłorocznego pumpkin ale Z dyńki. Tym razem do kotła poszło więcej dyni, więcej przypraw, chmiel z mniejszym stężeniem alfa-kwasów oraz inne drożdże, ale wyszło równie dobrze smacznie. Udało się uniknąć rozwarstwienia, na które narzekałem rok temu, dynia była jakby wyraźniejsza i znów udało mi się nie przesadzić z piernikiem. Aż pozwolę sobie zacytować mojego piwnego kumpla: Takie dyniowe to mogłyby robić te nasze polskie kraftsmany!

5

Koniec roku wiąże się z niższymi temperaturami, a co mogłoby rozgrzewać w zimie? Oczywiście, że smakowity belgijski dubbel! W taki oto sposób do gara trafiło sporo belgijskiego słodu z cukrem kandyzowanym, które z belgijskimi drożdżami przemieniły się w ciemne, gęste i słodkie Wyrwane z klasztoru. Bardzo lubię belgijskie style piwa i w moim odczuciu wychodzą mi całkiem nieźle, więc z pewnością będzie to jakiś utrzymujący się trend na przyszłe lata.

Dubbel wyszedł bardzo fajny, ale wyszło go też bardzo dużo, szczególnie jak na moje standardy. Zabutelkowałem zatem tylko 10 litrów bazowego piwa, a do reszty w fermentorze dorzuciłem cynamonu, jagód jałowca, płatków dębowych oraz skórek pomarańczy, aby nadań mu świąteczny klimat i mieć swoje pierwsze Christmas ale. Zabutelkowałem 15 litrów Urwanego z choinki parę dni później i bardzo cieszę się, że to zrobiłem, bo wyszła ciekawa kompozycja. Nie jest to w żadnym wypadku piernik w płynie, bo przyprawy są bardzo subtelne, ale picie sprawia dużo przyjemności.

W Dzień Niepodległości uwarzyłem irlandzkie czerwone ale, czyli wyspiarskiego klasyka, który jest czymś pomiędzy angielskim bitterem a irlandzkim stoutem, a który doprawiłem syropem klonowym. Piwo wyszło bardzo smaczne, tęskniłem za czymś lekkim i słodowym, ale niestety dodatek z Kanady przefermentował całkowicie (a był dodany podczas gotowania, cichej fermentacji oraz jako surowiec do refermentacji) i oscyluje gdzieś na granicy autosugestii. Nazwa Decree E49D139.41 nawiązuje do dokumentu ze skasowanego Expanded Universe Gwiezdnych wojen.

6

Pod koniec 2014 roku wyprodukowałem potwora (wędzone wino jęczmienne Kashmir), więc w tym roku nie chciałem zerwać tradycji i z początkiem grudnia w garze znalazły się surowce na potężnego Russian Imperial Stouta, którego ostateczny początkowy ekstrakt wyniósł 28 stopni Plato, a który będzie fermentował pewnie do początku lutego. Władimir Władimirowicz składał się z 10 kilo słodów i surowców niesłodowanych, chmielony był pięcioma odmianami chmielu na prawie 90 IBU, w tym momencie przefermentował już do 10.5% alkoholu, a będzie docelowo jeszcze doprawiony wanilią i płatkami dębowymi macerowanymi w whisky. Będzie się działo!

Natomiast z wysłodzin po tym potworze powstał lekki mild Niezbyt masywna czarna dziura, który gotowałem i fermentowałem z suszonymi śliwkami. Drożdże jeszcze dogorywają na cichej fermentacji, ale na dniach zostanie na pewno zabutelkowane i z racji niskiego ekstraktu będzie go można pewnie stosunkowo szybko pić.

fbcover007

Rok 2015 uważam za udany. Uwarzyłem mnóstwo dobrego piwa, wypiłem też trochę, choć moja uśredniona statystyka mówi, że spożywam jedynie 13% (!) tego, co wytworzę. Na pewno chciałbym powtórzyć minimum cztery przepisy, które realizowałem w tym roku: trzeci raz grodziskie i dyniowe oraz drugi raz miętowego witbiera oraz agrestowego kwacha.

Plan na pierwszą połowę 2016 roku mam już teoretycznie zamknięty, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby jeszcze coś do niego dodać. Nie zdradzę wszystkiego, ale mogę chyba uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć, że planuję uwarzyć na pewno koźlaka holenderskiego mniej więcej w edług tego przepisu, gose, Roggenbiera i białe India Pale Ale. Oprócz tego mam kilka niespodzianek (w tym jedną mocno ekscentryczną i eksperymentalną, którą chcę zaprezentować na spotkaniu piwowarów na WFDP) plus jedną kooperację ze znanym blogerem.

Mam nadzieję, że najgorsze piwo 2016 roku będzie lepsze niż najlepsze z 2015!

Jakie piwo na lato?

Idzie długo oczekiwane lato ze swoimi wysokimi temperaturami i długimi dniami, więc naturalną rzeczą będzie częstsze sięganie po piwo. Jakie to będzie piwo? Najczęściej typowo koncernowe jasne lagery dostępne w każdym sklepie i nie różniące się między sobą niczym poza etykietą i ceną, oczywiście nijakie w smaku i masowo produkowane tak, aby podchodziły jak największej rzeszy ludzi. Ewentualnie faszerowane chemią radlery o smakach cytrynowych, które zamiast orzeźwiać, najczęściej zalewają kubki smakowe słodzikami. W żadnym wypadku nie zamierzam nikogo krytykować za taki wybór – rozumiem, że to kwestia ceny za litr, obecności we wszystkich spożywczakach czy zwykłych przyzwyczajeń – aczkolwiek chciałbym przedstawić kilka ciekawych propozycji na nadchodzące upały.

Punkt pierwszy: witbiery. Są to (jak sama nazwa wskazuje) białe piwa pszeniczne, których styl powstał w Belgii, a które są ostatnio podobno popularne w krajach słowiańskich. W moim ulubionym wydaniu charakteryzują się cytrusową orzeźwiającą lekkością oraz wręcz buchającym znad szklanki aromatem kolendry i skórek pomarańczy. I choć może na papierze wyglądać to na karkołomne połączenie, z pewnością jest warte spróbowania – szczególnie w gorący dzień, a najlepiej przy grillowanej piersi kurczaka.

Za najlepszego polskiego wita uważa się piwo Witbier z Browaru Kormoran z serii Podróże Kormorana, jednak jest ono dostępne praktycznie tylko w sklepach specjalistycznych, a średnia cena oscylująca koło ośmiu złotych za butelkę z pewnością odstraszy wielu ludzi dopiero zaczynających poznawanie piwnego świata. To samo tyczy się importowanych belgijskich specjałów typu Hoegaarden czy Blanche de Namur, które są pyszne, ale zwyczajnie drogie. Można spróbować z Żywcem Białym, który jest dolnofermentacyjną wariacją na temat witbiera, a znaleźć go można w większości marketów, a nawet i w osiedlowych sklepach – jednak do prawdziwego wita jest mu daleko. Najlepszym rozwiązaniem w moim odczuciu jest albo uwarzenie własnego witbiera (co wszystkim polecam), albo piwo Pszeniczne Białe z Browaru Namysłów. Moje odkrycie zeszłego lata jest świetnym piwem za rozsądną cenę (około czterech złotych za butelkę?) i spełniającym przy tym wszystkie kryteria dobrego witbiera. Polecam!

Wiadomo, że przy wysokiej temperaturze alkohol szybciej uderza do głowy, a co to za przyjemność posiedzieć przy grillu lub nad rzeką i po trzech-czterech piwach być już pijanym? Dlatego drugim punktem będą zwyczajne jasne piwa bez żadnych dodatków i udziwnień, ale z zawartością alkoholu na granicy umownych czterech procent objętości. Osobiście uważam, że taki woltaż jest idealny dla standardowego piwa, jednak szybko można się przekonać, że wcale nie tak łatwo jest znaleźć coś odpowiadającego tym warunkom.

lagery

Popularne i podobno smaczne Książęce Jasne Ryżowe ma 4,5% i wydaje się być najlżejszym koncernowym piwem, które jednocześnie nie jest radlerem. Moim faworytem jest pils Lwówek Wrocławskie z 4,2% alkoholu (poza kategorią jasnych lagerów polecam też belgijskie pale ale Lwówek Belg oraz APA Lwówek Jankes z taką samą zwartością alkoholu jak Wrocławskie), nawet pomimo coraz częstszych narzekań w internecie na spadającą formę wszystkich Lwówków. Jednak prawdziwym zwycięzcą w tej kategorii będą tak zwane czeskie desítki, czyli lekkie piwa z dziesięcioprocentowym ekstraktem bardzo popularne u naszych południowych sąsiadów. Hradební z browaru Polička, Opat z Broumova, Krakonoš z Trutnova, Skalák z Rohozca, piwa Svijany… Można by wymieniać i wymieniać. Ich największymi zaletami jest doskonały smak czeskiego piwa, niska cena oraz stosunkowo dobra dostępność, szczególnie na Dolnym Śląsku. Warto poeksperymentować i znaleźć swoje ulubione, do czego gorąco namawiam.

Ostatnia kategoria będzie z serii ciekawostek piwnych, co wcale nie oznacza, że przestawione piwa będą w jakiś sposób gorsze od wyżej wymienionych. Ba, jest to jeden z moich ulubionych stylów piwnych, wracam do niego jak najczęściej i przymierzam się do uwarzenia eksperymentalnej warki w lipcu. Mowa o grodziskim, czyli de facto jedynym rdzennie polskim stylu, który zaginął w odmętach historii dobity przez koncerny pod koniec ubiegłego wieku. Teraz, w głównej mierze dzięki piwowarom domowym, grodzisz przeżywa swój renesans – jednak na razie tylko na scenie rzemieślniczej. Plotki mówią, że pod koniec roku możemy w szerokiej dystrybucji spodziewać się grodziskiego z Browaru Fortuna, ale teraz pozostaje nam jedynie PINTA, Artezan i Pracownia Piwa.

grodziskie

Ale o co chodzi? Grodziskie to lekkie pszeniczne piwo górnej fermentacji o słomkowej barwie, zacierane na wędzonym zasypie i z alkoholem nieprzekraczającym trzech procent. Trudno jest je opisać osobie, która nigdy nie miała styczności z wędzonym piwem, bo to pewnego rodzaju abstrakcja. Zdaję sobie sprawę, że duża, a może nawet bardzo duża część piwoszy nie jest w stanie zdzierżyć grodziskiego, dlatego nie zamierzam go nikomu polecać jako najlepszego piwa na upały… co nie zmienia faktu, że sam z ogromną przyjemnością wypełniłbym całą spiżarnię skrzynkami z grodziszem.

Mam nadzieję, że kogoś przekonałem do sprawdzenia czegoś ciekawszego niż kolejne Tyskie Gronie, Żubr czy Warka Radler w obliczu nadchodzących ciepłych dni. Starałem się wybierać piwa dostępne i relatywnie tanie, bo nie sztuką jest polecać Lady Blanche z AleBrowaru, która kosztuje ponad siedem złotych za butelkę i jest dostępna przez jeden dzień w roku, a potem narzekać, że nikt nie chce pić ze mną moich cudacznych piw. Na dniach postaram się opracować i opublikować relacje i przepisy odnośnie warzonych w zeszłym tygodniu pale ale oraz American India Pale Ale, które sobie spokojnie fermentują we Wrocławiu. Do przeczytania!