Tag: Browar domowy RGB (page 1 of 4)

Mój piwowarski rok 2015

Rok 2014 otrzymał pełne podsumowanie mojej piwowarskiej działalności, więc 2015 nie powinien być traktowany w żaden gorszy sposób, tym bardziej, że był bardzo obfity jeżeli chodzi o domową produkcję piwa. Prawdopodobnie jedną z ważniejszych rzeczą jakie nastąpiły w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy była zmiany nazwy z Browar domowy RGB na Browar domowy Aurora – wiązało się z tym kilka innych rzeczy takich jak nowe logo czy zmiany na profilu na Facebooku. Inną fajną rzeczą było opublikowanie nowej strony browaru, gdzie można przejrzeć dotychczasową birografię lub dowiedzieć się szczegółów dotyczących różnych aspektów piwowarstwa domowego.

Najważniejsze jednak jest piwo, zatem zapraszam do krótkiego przeglądu mojego roku 2015, w którym udało mi się uwarzyć 16 (lub 17 w zależności od tego jak kto liczy) piw w wielu różnych stylach, kolorach i smakach.

1

Już przed Trzema Królami do kotła wrzuciłem słody z myślą uwarzenia klasycznego belgijskiego blonda o nazwie Legalna blondynka. Niestety najprawdopodobniej musiałem pomylić się z obliczaniem koloru lub został wydany mi zły słód, ponieważ piwo wyszło o wiele ciemniejsze niż myślałem i każdy raczej pomyślałby o dubblu, gdyby dostał je podane w szklance. Mimo to piwo wyszło bardzo smaczne, bardzo bananowe i bardzo przyprawowe. Ostały mi się jeszcze dwie butelki i chce zobaczyć jak czas wpłynął na takiego lekkiego belga.

W lutym uwarzyłem jedną z moich najlepszych (i przez wielu uważane za najlepszą) warek, czyli India Pale Ale na pacyficznych chmielach z ryżem w zasypie i jaśminem dodanym do podbudowania aromatu. Wyszło bardzo jasne piwo (zasługa słodu zakwaszającego) z gęstą pianą, a pachnące wprost obłędnie. Znów musiałem coś źle przekalkulować, ponieważ za nic nie dało się wyczuć poziomu goryczki, od którego powstała nazwa JP na 100 IBU (po otworzeniu pierwszej butelki prędzej dałbym 50 IBU). Z przyjemnością je powtórzę, choć jeszcze nie wiem kiedy.

Zanim jeszcze kupiłem sprzęt piwowarski to już wiedziałem, że będę chciał uwarzyć klasycznego niemieckiego Hefeweizena, czyli jasne piwo pszeniczne. Nie przejąłem się licznymi opiniami, że ciężko jest takowe piwo wyprodukować w domu, wsypałem kilka kilo słodu do gara, przyprawiłem niemieckim chmielem i zaszczepiłem specjalnymi drożdżami… Eine kleine weiße Musik było zdatne do picia, ale niestety nie udało mi się wyprodukować oczekiwanej feerii bananów i goździków i gęstej jak śmietana piany. Ot, dostałem fajny napój na wiosenne dni, jednak nie byłem jakoś bardzo zadowolony.

2

10 kwietnia uwarzyłem Savoir-bière – własną interpretację Bière de Garde, czyli francuskiego stylu, który można było zdefiniować jako… całkowity miszmasz. Użyłem różnych ciekawych słodów (między innymi aromatycznego i gryczanego), dodałem owoców jałowca i dębinę, fermentowałem belgijskimi drożdżami i zabutelkowałem z miodem do refermentacjji. Po pierwszej butelce myślałem, że stworzyłem strasznie alkoholowego i niepijalnego potworka, ale koniec końców miło się ułożyło i pokazało, że jest złożonym, ale nie przekombinowanym piwem.

Za to w maju zaczęła się seria warzenia dwóch warek na miesiąc i w takim tempie powstały 23/06 oraz Różany dzik. Pierwszą trochę przekornie nazwałem górnofermentacyjną desítką, ponieważ było to piwo udające czeską dziesiątkę – prosty zasyp, lekkie chmielenie polskim chmielem oraz neutralne drożdże, które miały stworzyć czysty profil aromatyczno-smakowy. Piwo było warzone specjalnie na Dzień Ojca (skąd też nazwa) i posmakowało zarówno mojemu Tacie, jak i Tacie mojej narzeczonej. Okazuje się, że wcale nie trzeba bawić się w dolną fermentację, niskie temperatury i długie lagerowanie, żeby otrzymać normalne piwo w warunkach domowych. Do powtórzenia!

Drugim piwem był belgijski saison przyprawiony suszonymi owocami dzikiej róży i skórką pomarańczy oraz chmielony francuskimi odmianami. Piwo wyszło czerwone, mocno nagazowane, a w aromacie czuć było słodkość róży. Niestety było to też moje pierwsze piwo w tym roku, przy którym ewidentnie coś poszło nie tak, gdyż już po miesiącu zaczęło wyłazić z butelki tuż po odkapslowaniu. Mam jeszcze kilka butelek i wiem, że bardzo fajnie się starzeje, ale lepiej nie otwierać w pokoju.

3

Wiedziałem, że na wakacje chce uwarzyć ponownie witbiera, choć zeszłoroczny Biały kruk niekoniecznie był szczytem marzeń młodego piwowara, a tym bardziej piwosza. Od dłuższego czasu chodziło za mną połączenie mięty z piwem i w taki oto sposób powstała Mentha lavanduliodora. Piwo idealne na lato, rześkie, pijalne i orzeźwiające! Przepis polecam każdemu piwowarowi i już teraz wiem, że na sto procent uwarzę to samo na wakacje 2016.

Innym obowiązkowym letnim piwem jest dla mnie grodziskie. Rok temu zrobiłem smaczne Tradycyjne grodziskie, więc w tym roku powstała reinterpretacja w postaci Tradycyjnego grodziskiego II. Ponownie sto procent zasypu złożonego ze słodu grodziskiego, ale tym razem chmielone Lomikiem i Iungą oraz fermentowane drożdżami od Mangrove Jack’s. Ponowny sukces i kolejne piwo obowiązkowe do powtórzenia. Może następnym razem odważę się na zastosowanie tradycyjnego karuku? Fajnie by też było zdobyć chmiel (nowo?)Tomyski, ale będę się o to martwić przed wakacjami.

Ostatnim letnim piwem było moje pierwsze stracie ze stylami kwaśnymi, czyli Passive-aggresstive. Do kotła dodałem słód zakwaszający oraz dwa kilo agrestu, dzięki czemu uzyskałem przyjemnie kwaśne i rześkie piwo z owocowym aromatem, ale nie będące chamskim chemicznym koncernowym radlerem, o co niektórzy mnie podejrzewali. Kilka butelek mi dalej leżakuje w piwnicy, dzięki czemu wiem, że im dalej, tym bardziej kwaśne się robi. Fajna sprawa na lato, polecam!

4

Kolejną powtórką zeszłorocznego piwa był Żubr AIPA II, czyli klasyczne amerykańskie India Pale Ale. Piwo wyszło poprawnie – tylko lekko opalizujące, cytrusowo gorzkie i buchające aromatem – ale popełniłem podstawowy błąd przy rozlewie i nie dopilnowałem, aby do butelek nie trafiły żadne drobinki chmielu, którego na cichą fermentację poszło baaardzo dużo. Przez to co druga butelka witała piwosza szybko wzbijająca się pianą, ale znów odkryłem, że im dłużej piwo leżało w piwnicy, tym spokojniejsze było przy otwieraniu.

W hołdzie dla Ennio Morricone powstało L’estasi dell’oro, które było luźnym klonem Citrinitas od Kraftwerku, które to mnie zachwyciło podczas wiosennej edycji wrocławskiego Beer Geek Madness. Wyobraźcie sobie India Pale Ale na wędzonym słodzie chmielone amerykańskimi cytrusowymi chmielami oraz przyprawione ostrą papryką. Gorzko, ostro i wędzono! Eksperyment powiódł się tylko w połowie, gdyż piwo było znakomite przez jakiś pierwszy miesiąc po refermentacji. Później kapsaicyna z chili zaczęła powolne wyostrzanie i w tym momencie cieszę się, że nie mam już żadnej butelki, bo ostatnią piłem na pół z kolegą, a i tak było ciężko. Jeżeli miałbym powtarzać to albo dałbym mniej chili, albo spróbowałbym to szybciej wypić.

Z dyńki II to naturalnie powtórzenie zeszłorocznego pumpkin ale Z dyńki. Tym razem do kotła poszło więcej dyni, więcej przypraw, chmiel z mniejszym stężeniem alfa-kwasów oraz inne drożdże, ale wyszło równie dobrze smacznie. Udało się uniknąć rozwarstwienia, na które narzekałem rok temu, dynia była jakby wyraźniejsza i znów udało mi się nie przesadzić z piernikiem. Aż pozwolę sobie zacytować mojego piwnego kumpla: Takie dyniowe to mogłyby robić te nasze polskie kraftsmany!

5

Koniec roku wiąże się z niższymi temperaturami, a co mogłoby rozgrzewać w zimie? Oczywiście, że smakowity belgijski dubbel! W taki oto sposób do gara trafiło sporo belgijskiego słodu z cukrem kandyzowanym, które z belgijskimi drożdżami przemieniły się w ciemne, gęste i słodkie Wyrwane z klasztoru. Bardzo lubię belgijskie style piwa i w moim odczuciu wychodzą mi całkiem nieźle, więc z pewnością będzie to jakiś utrzymujący się trend na przyszłe lata.

Dubbel wyszedł bardzo fajny, ale wyszło go też bardzo dużo, szczególnie jak na moje standardy. Zabutelkowałem zatem tylko 10 litrów bazowego piwa, a do reszty w fermentorze dorzuciłem cynamonu, jagód jałowca, płatków dębowych oraz skórek pomarańczy, aby nadań mu świąteczny klimat i mieć swoje pierwsze Christmas ale. Zabutelkowałem 15 litrów Urwanego z choinki parę dni później i bardzo cieszę się, że to zrobiłem, bo wyszła ciekawa kompozycja. Nie jest to w żadnym wypadku piernik w płynie, bo przyprawy są bardzo subtelne, ale picie sprawia dużo przyjemności.

W Dzień Niepodległości uwarzyłem irlandzkie czerwone ale, czyli wyspiarskiego klasyka, który jest czymś pomiędzy angielskim bitterem a irlandzkim stoutem, a który doprawiłem syropem klonowym. Piwo wyszło bardzo smaczne, tęskniłem za czymś lekkim i słodowym, ale niestety dodatek z Kanady przefermentował całkowicie (a był dodany podczas gotowania, cichej fermentacji oraz jako surowiec do refermentacji) i oscyluje gdzieś na granicy autosugestii. Nazwa Decree E49D139.41 nawiązuje do dokumentu ze skasowanego Expanded Universe Gwiezdnych wojen.

6

Pod koniec 2014 roku wyprodukowałem potwora (wędzone wino jęczmienne Kashmir), więc w tym roku nie chciałem zerwać tradycji i z początkiem grudnia w garze znalazły się surowce na potężnego Russian Imperial Stouta, którego ostateczny początkowy ekstrakt wyniósł 28 stopni Plato, a który będzie fermentował pewnie do początku lutego. Władimir Władimirowicz składał się z 10 kilo słodów i surowców niesłodowanych, chmielony był pięcioma odmianami chmielu na prawie 90 IBU, w tym momencie przefermentował już do 10.5% alkoholu, a będzie docelowo jeszcze doprawiony wanilią i płatkami dębowymi macerowanymi w whisky. Będzie się działo!

Natomiast z wysłodzin po tym potworze powstał lekki mild Niezbyt masywna czarna dziura, który gotowałem i fermentowałem z suszonymi śliwkami. Drożdże jeszcze dogorywają na cichej fermentacji, ale na dniach zostanie na pewno zabutelkowane i z racji niskiego ekstraktu będzie go można pewnie stosunkowo szybko pić.

fbcover007

Rok 2015 uważam za udany. Uwarzyłem mnóstwo dobrego piwa, wypiłem też trochę, choć moja uśredniona statystyka mówi, że spożywam jedynie 13% (!) tego, co wytworzę. Na pewno chciałbym powtórzyć minimum cztery przepisy, które realizowałem w tym roku: trzeci raz grodziskie i dyniowe oraz drugi raz miętowego witbiera oraz agrestowego kwacha.

Plan na pierwszą połowę 2016 roku mam już teoretycznie zamknięty, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby jeszcze coś do niego dodać. Nie zdradzę wszystkiego, ale mogę chyba uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć, że planuję uwarzyć na pewno koźlaka holenderskiego mniej więcej w edług tego przepisu, gose, Roggenbiera i białe India Pale Ale. Oprócz tego mam kilka niespodzianek (w tym jedną mocno ekscentryczną i eksperymentalną, którą chcę zaprezentować na spotkaniu piwowarów na WFDP) plus jedną kooperację ze znanym blogerem.

Mam nadzieję, że najgorsze piwo 2016 roku będzie lepsze niż najlepsze z 2015!

Miętowy witbier

Do tej pory miętę jako sensowny dodatek piwowarski spotkałem jedynie w dwóch piwach; były to Magic #7: Pineapple and Spearmint Wit ze szwedzkiego browaru kontaktowego Omnipollo (choć warzone w belgijskim De Proefbrouwerij) oraz Kolender z Miętolina z gdańskiego Browaru Lubrow. Oba można sklasyfikować jako witbiery, choć ten drugi na etykiecie opisany jest oryginalnie jako fresz łit ejl; pierwszy mnie zawiódł nikłym aromatem (brakowało zarówno tytułowej mięty, jak i ananasa) i psującym odbiór kwasem, a drugi był pyszny, choć dla wielu zbyt przypominający płynną pastę do mycia zębów ze względu na ilość użytej mięty.

Sama idea dodania mięty do warzenia powinna wydawać się słuszną, ponieważ orzeźwiający aromat teoretycznie mógłby się fajnie komponować ze słodowo-słodko-cytrusowym profilem belgijskiego piwa pszenicznego. Nakupowałem zatem potrzebnych surowców, przewertowałem internet i zasiadłem do eksperymentu:

słody chmiele drożdże dodatki
pszeniczny 2.0kg
pilzneński 1.5kgpłatki owsiane 0.9kg
niesłodowana pszenica 0.5kg
Iunga (PL) 25g Mangrove Jack’s M27 Belgian Ale mięta pieprzowa 5g
mięta nana 15g
skórki pomarańczy 15g
trawa cytrynowa 15g
kolendra 15g

Bazą piwa był słód pszeniczny; tradycyjny witbier powinien składać się z niesłodowanej pszenicy i słodu jęczmiennego w proporcjach fifty-fifty, jednak zeszłoroczna wpadka ze zbyt dużym udziałem surowców niesłodowanych zniechęciła mnie do pójścia w tę stronę. Dodam, że płatki owsiane (użyłem pół kilo zakupionych w sklepie dla piwowarów i 400g błyskawicznych płatków z Biedronki) są świetnym uzupełnieniem każdego witbiera, nadają aksamitnej tekstury i podbijają słodowość piwa – będę polecał ich dodawanie każdemu, kto będzie brał się z ten styl piwny. Jedno z najlepszych piw tego roku – Król lata Browaru Pinta w pseudostylu oatmeal witbier – tylko potwierdza moją teorię.

Wiedziałem, że nie ma co kombinować z chmieleniem, więc po prostu użyłem chmielu odmiany Iunga, który kupiłem przede wszystkim z zamiarem wykorzystania do drugiej warki Tradycyjnego grodziskiego. Tak naprawdę chmiel grał tutaj drugo-, a nawet trzecioplanową rolę, więc koniec końców mogłoby to być cokolwiek.

WP_20150617_001(warzenie przebiegło bez żadnych problemów)

Najważniejszą sprawą było oczywiście dobranie odpowiednich proporcji odpowiednio wybranych dodatków. Klasycznego wita prosto z Belgii przyprawia się skórkami pomarańczy curaçao i kolendrą, ale jak w to wkomponować miętę? Jakich odmian użyć? Kiedy ją dodać? Czy jeżeli chmielem się chmieli to czy miętą się mięci? A może miętoli? To były trudne decyzje, ale ostatecznie postawiłem na mieszankę standardowej mięty pieprzowej (od której piwo wzięło nazwę) i przepięknie pachnącej mięty nana, którą polecił mi przemiły pan sprzedający przyprawy w Hali Targowej. Dodatkowych wrażeń sensorycznych miały dostarczyć skórki pomarańczy, kolendra oraz trawa cytrynowa.

Tutaj pozwolę sobie wtrącić małą dygresję na temat dodatków. Wiele rzeczy potrafi świetnie komponować się z jedzeniem lub nawet innym piwem, ale nie znaczy to w żadnym wypadku, że będzie się komponowało ze wszystkim innym. Jeżeli chcecie przystąpić do eksperymentowania to serio warto przekopać pół internetu i sprawdzić czy Wasz pomysł nie okazał się być czyimś Waterloo. Mięta fajnie komponowała się z witem, ale nikt raczej nie będzie jej dodawał do grodziskiego, ale chodzi tutaj także o sprawdzenie mniej więcej odpowiednich proporcji. Przykładowo trawa cytrynowa – która pachnie obłędnie i aż prosi się o dodanie w setkach gramów na te dwadzieścia litrów piwa – w większych ilościach generuje posmaki mydlane i kompletnie psuje piwo. Wiem, że eksperymenty bardzo kuszą, ale bez zapoznania się z ogólnie dostępną wiedzą łatwo zamienić ciekawy eksperyment w losowe wrzucanie surowców i sprawdzanie co się stanie? Po co psuć sobie całą warkę?

WP_20150717_12_06_18_Pro 1

Przepis? Wrzucić wszystko (czyli te prawie pięć kilo ziarna) do gara z piętnastoma litrami wody i zacierać na lenia przez 65 minut w 68 stopniach. Chętni lub sceptyczni wobec jakości dostępnych na rynku słodów mogą zrobić próbę jodową, ale raczej w takim czasie skrobia nie powinna już nam przeszkadzać. Przed filtracją i wysładzaniem robiłem wygrzew do jakichś 75ºC w celu poprawienia filtracji; faktycznie pomogło, gdyż po 40 minutach do gotowania zlałem prawie 25 litrów brzeczki.

Po rozpoczęciu gotowania dodałem 5g mięty pieprzowej oraz 5g naszej polskiej Iungi – symbolicznie na jakąkolwiek goryczkę. Pół godziny później dodałem 5g nany – tym razem dla smaku. Na 10 minut przed końcem wsypałem następującą mieszankę: 10g Iungi i po 5g nany, kolendry i skórek pomarańczy, a po pięciu minutach dodałem ostatnie 5g nany, po 10g Iungi, kolendry i skórek pomarańczy oraz 15g trawy cytrynowej. Warzenie trwało godzinę i wszystkie dodatki wrzucałem do muślinowych siateczek, bez których straciłbym pewnie połowę brzeczki na usunięcie pływających odpadów. Piwo chłodziłem do późnego wieczora i zadałem uwodnione uprzednio drożdże Mangrove Jack’s M27 Belgian Ale. Po trzech tygodniach fermentacji (dla odmiany bez przelewania na cichą) zabutelkowałem 20 litrów piwa z trzema gramami glukozy na litr.

WP_20150727_19_40_46_Pro

Piwo po dwóch tygodniach od rozlewu wyszło… znakomite. I na całe szczęście nie jest to tylko moja opinia, ale również zdanie wielu innych ludzi – zarówno piwowarów domowych, piwoszy znających świat rzemieślniczych piw, jak i zwykłych normalnych ludzi. Udało mi się zachować balans między pszenicznym smakiem, orzeźwiającym aromatem z mieszanki cytrusów i kolendry oraz cudowną miętą, która niczego nie zdominowała, a jedynie kryła się między pozostałymi częściami składowymi piwa.

O dziwo wyszło bardziej klarowne niż chciałem – wszak witbier nie powinien charakteryzować się przesadną klarownością – ale nie będę jakoś bardzo narzekał na dobra płynące z długiej fermentacji. Nagazowanie też wyszło bez zarzutu, chociaż ostatnie butelki (otwierane jeszcze w październiku) zdecydowanie straciły swoją orzeźwiającą moc, więc gdyby ktoś planował użycie mojego przepisu to raczej sugerowałbym szybkie wypicie. Śmiem twierdzić, że na chwilę obecną jest to jedno z trzech piw, zaraz po JP na 100 IBU i chyba pierwszej warce Żubra AIPA, z których jestem najbardziej dumny w swojej krótkiej karierze domowego piwowara.

Zdecydowanie kandydat do powtórzenia w przyszłym roku!

Japońskie IPA

Jedną z najfajniejszych zalet piwowarstwa domowego jest niewątpliwie możliwość eksperymentowania z każdym etapem produkcji piwa, dzięki czemu można uzyskać nadzwyczaj ciekawe efekty. Czasami wystarczy ciekawa odmiana chmielu, kiedy indziej dodatkowy składnik dodany na ostatni etap warzenia albo fikuśna przyprawa wrzucona na cichą fermentację. Możliwości są ograniczone tylko i wyłącznie wyobraźnią (i ewentualnie dostępem do surowców) piwowara.

IPA to flagowy styl piwnej rewolucji, więc nic dziwnego, że kolejny raz sięgnąłem po ten styl (szczególnie po wielkim sukcesie z genialnym Żubrem IPA i może nieco mniej smacznym, ale wciąż fajnym Dancing with Myself). Tym razem postanowiłem uwarzyć West Coast India Pale Ale – czyli wytrawną wersję jasnego i bardzo goryczkowego piwa górnej fermentacji – które przyprawiłem pacyficznym twistem. Nazwa JP na 100 IBU pokrętnie nawiązuje do udziału japońskich surowców, gdyż w piwie wylądowały japońskie chmiele, ryż oraz kwiaty jaśminu.

IMG_0020(siema, to ja chmielący brzeczkę)

Plan był taki, aby uzyskać ekstremalnie pijalne i lekkie piwo, które będzie orzeźwiające przez lekki zasyp i wysoką goryczkę, a dodatki nie będą muliły lub psuły efektu łał. Jakie surowce wpadły do kotła?

słody chmiele drożdże dodatki
pale ale 3kgpszeniczny 1kg

Carapils 0,5kg

zakwaszający 0,5kg

płatki ryżowe 0,5kg

Sorachi Ace 100g (12,5%)Pacific Gem 50g (15,3%) Mangrove Jack’s M44 US West Coast suszone kwiaty jaśminu 30gmech irlandzki 5g

Podstawą jak zwykle był pale ale (tym razem ze Strzegomia) oraz niemieckie pszeniczny, Carapils i zakwaszający; dodatkowo użyłem płatków ryżowych, których nie kleikowałem, a jedynie wsypałem razem z resztą słodów do ciepłej wody na zacieranie na lenia w około 67-69°C. Po godzinie zrobiłem jeszcze wygrzew do jakichś 72°C i rozpocząłem filtrację przez wężyk z oplotu, która trwała niecałą godzinę.

Chmielenie było wycyrklowane na 99.53 IBU według Brewer’s Friend. Na początku godzinnego warzenia do kotła poszło 30g Pacific Gemu, następnie 15 minut przed końcem 25g Sorachi Ace, 10 minut przed końcem 20g Pacific Gemu, pięć minut przed końcem 15g Sorachi Ace i 5g mchu irlandzkiego na klarowność oraz w ostatniej minucie jeszcze 10g Sorachi Ace. Piwo fermentowało z genialnymi drożdżami M44 US West Coast równe dwa tygodnie, a po zlanie na tygodniową cichą fermentację dodałem kolejne 50g Sorachi Ace oraz 30g suszonych kwiatów jaśminu. Efekt był piorunujący jeszcze przed butelkowaniem.

012 JP na 100 IBU Piwo było warzone 27 lutego i zabutelkowane 17 marca 2015 roku, a pierwszą butelkę otworzyłem 5 kwietnia i była moim pierwszym piwem po bezalkoholowym Wielkim Poście. Zgodnie z planami wyszło lekkie i orzeźwiające ale, które nie tylko obłędnie pachniało nowofalowymi odmianami chmielu, ale także miało wyczuwalny i niezamulający jaśmin. Jestem naprawdę dumny z uzyskanego aromatu, jednak smak okazał się być o wiele mniej goryczkowy niż planowałem. I nie wiem teraz czy była to kwestia chmielu (może sklep zapaczkował odmianę o mniejszej ilości alfa-kwasów?), czy może jaśmin w jakiś sposób wpłynął negatywnie na odczuwalność goryczki, ale z wyliczonych 100 IBU można byłoby powiedzieć, że nie ma więcej niż 50. A szkoda!

SONY DSC

Pięć butelek zabrałem ze sobą na spotkanie piwowarów na tegorocznym Wrocławskim Festiwalu Dobrego Piwa i… zrobiły furorę wśród innych domowych piwowarów. Muszę przyznać, że byłem z siebie bardzo, ale to bardzo dumny, mogąc polewać swoje piwo ludziom, którzy naprawdę znają się na piwowarstwie, a którzy byli nierzadko zachwyceni moją warką. Piwo rozeszło się momentalnie i nawet kropelka nie dotrwała momentu, w którym zaczęto wpuszczać ludzi niezwiązanych z domowym warzeniem piwa.

Wiadomo, że każdy piwowar bardzo krytycznie patrzy na swoje piwa, jednak wydaje mi się – a wiele osób to potwierdza – że JP na 100 IBU najlepsze piwo jakie opuściło mój domowy browar. Zostały mi już chyba tylko trzy butelki, ale jestem pewien, że jeszcze powtórzę to warzenie, bo szkoda, aby tak fajna receptura się miała zmarnować.