Tag: American IPA (page 1 of 2)

Mój piwowarski rok 2015

Rok 2014 otrzymał pełne podsumowanie mojej piwowarskiej działalności, więc 2015 nie powinien być traktowany w żaden gorszy sposób, tym bardziej, że był bardzo obfity jeżeli chodzi o domową produkcję piwa. Prawdopodobnie jedną z ważniejszych rzeczą jakie nastąpiły w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy była zmiany nazwy z Browar domowy RGB na Browar domowy Aurora – wiązało się z tym kilka innych rzeczy takich jak nowe logo czy zmiany na profilu na Facebooku. Inną fajną rzeczą było opublikowanie nowej strony browaru, gdzie można przejrzeć dotychczasową birografię lub dowiedzieć się szczegółów dotyczących różnych aspektów piwowarstwa domowego.

Najważniejsze jednak jest piwo, zatem zapraszam do krótkiego przeglądu mojego roku 2015, w którym udało mi się uwarzyć 16 (lub 17 w zależności od tego jak kto liczy) piw w wielu różnych stylach, kolorach i smakach.

1

Już przed Trzema Królami do kotła wrzuciłem słody z myślą uwarzenia klasycznego belgijskiego blonda o nazwie Legalna blondynka. Niestety najprawdopodobniej musiałem pomylić się z obliczaniem koloru lub został wydany mi zły słód, ponieważ piwo wyszło o wiele ciemniejsze niż myślałem i każdy raczej pomyślałby o dubblu, gdyby dostał je podane w szklance. Mimo to piwo wyszło bardzo smaczne, bardzo bananowe i bardzo przyprawowe. Ostały mi się jeszcze dwie butelki i chce zobaczyć jak czas wpłynął na takiego lekkiego belga.

W lutym uwarzyłem jedną z moich najlepszych (i przez wielu uważane za najlepszą) warek, czyli India Pale Ale na pacyficznych chmielach z ryżem w zasypie i jaśminem dodanym do podbudowania aromatu. Wyszło bardzo jasne piwo (zasługa słodu zakwaszającego) z gęstą pianą, a pachnące wprost obłędnie. Znów musiałem coś źle przekalkulować, ponieważ za nic nie dało się wyczuć poziomu goryczki, od którego powstała nazwa JP na 100 IBU (po otworzeniu pierwszej butelki prędzej dałbym 50 IBU). Z przyjemnością je powtórzę, choć jeszcze nie wiem kiedy.

Zanim jeszcze kupiłem sprzęt piwowarski to już wiedziałem, że będę chciał uwarzyć klasycznego niemieckiego Hefeweizena, czyli jasne piwo pszeniczne. Nie przejąłem się licznymi opiniami, że ciężko jest takowe piwo wyprodukować w domu, wsypałem kilka kilo słodu do gara, przyprawiłem niemieckim chmielem i zaszczepiłem specjalnymi drożdżami… Eine kleine weiße Musik było zdatne do picia, ale niestety nie udało mi się wyprodukować oczekiwanej feerii bananów i goździków i gęstej jak śmietana piany. Ot, dostałem fajny napój na wiosenne dni, jednak nie byłem jakoś bardzo zadowolony.

2

10 kwietnia uwarzyłem Savoir-bière – własną interpretację Bière de Garde, czyli francuskiego stylu, który można było zdefiniować jako… całkowity miszmasz. Użyłem różnych ciekawych słodów (między innymi aromatycznego i gryczanego), dodałem owoców jałowca i dębinę, fermentowałem belgijskimi drożdżami i zabutelkowałem z miodem do refermentacjji. Po pierwszej butelce myślałem, że stworzyłem strasznie alkoholowego i niepijalnego potworka, ale koniec końców miło się ułożyło i pokazało, że jest złożonym, ale nie przekombinowanym piwem.

Za to w maju zaczęła się seria warzenia dwóch warek na miesiąc i w takim tempie powstały 23/06 oraz Różany dzik. Pierwszą trochę przekornie nazwałem górnofermentacyjną desítką, ponieważ było to piwo udające czeską dziesiątkę – prosty zasyp, lekkie chmielenie polskim chmielem oraz neutralne drożdże, które miały stworzyć czysty profil aromatyczno-smakowy. Piwo było warzone specjalnie na Dzień Ojca (skąd też nazwa) i posmakowało zarówno mojemu Tacie, jak i Tacie mojej narzeczonej. Okazuje się, że wcale nie trzeba bawić się w dolną fermentację, niskie temperatury i długie lagerowanie, żeby otrzymać normalne piwo w warunkach domowych. Do powtórzenia!

Drugim piwem był belgijski saison przyprawiony suszonymi owocami dzikiej róży i skórką pomarańczy oraz chmielony francuskimi odmianami. Piwo wyszło czerwone, mocno nagazowane, a w aromacie czuć było słodkość róży. Niestety było to też moje pierwsze piwo w tym roku, przy którym ewidentnie coś poszło nie tak, gdyż już po miesiącu zaczęło wyłazić z butelki tuż po odkapslowaniu. Mam jeszcze kilka butelek i wiem, że bardzo fajnie się starzeje, ale lepiej nie otwierać w pokoju.

3

Wiedziałem, że na wakacje chce uwarzyć ponownie witbiera, choć zeszłoroczny Biały kruk niekoniecznie był szczytem marzeń młodego piwowara, a tym bardziej piwosza. Od dłuższego czasu chodziło za mną połączenie mięty z piwem i w taki oto sposób powstała Mentha lavanduliodora. Piwo idealne na lato, rześkie, pijalne i orzeźwiające! Przepis polecam każdemu piwowarowi i już teraz wiem, że na sto procent uwarzę to samo na wakacje 2016.

Innym obowiązkowym letnim piwem jest dla mnie grodziskie. Rok temu zrobiłem smaczne Tradycyjne grodziskie, więc w tym roku powstała reinterpretacja w postaci Tradycyjnego grodziskiego II. Ponownie sto procent zasypu złożonego ze słodu grodziskiego, ale tym razem chmielone Lomikiem i Iungą oraz fermentowane drożdżami od Mangrove Jack’s. Ponowny sukces i kolejne piwo obowiązkowe do powtórzenia. Może następnym razem odważę się na zastosowanie tradycyjnego karuku? Fajnie by też było zdobyć chmiel (nowo?)Tomyski, ale będę się o to martwić przed wakacjami.

Ostatnim letnim piwem było moje pierwsze stracie ze stylami kwaśnymi, czyli Passive-aggresstive. Do kotła dodałem słód zakwaszający oraz dwa kilo agrestu, dzięki czemu uzyskałem przyjemnie kwaśne i rześkie piwo z owocowym aromatem, ale nie będące chamskim chemicznym koncernowym radlerem, o co niektórzy mnie podejrzewali. Kilka butelek mi dalej leżakuje w piwnicy, dzięki czemu wiem, że im dalej, tym bardziej kwaśne się robi. Fajna sprawa na lato, polecam!

4

Kolejną powtórką zeszłorocznego piwa był Żubr AIPA II, czyli klasyczne amerykańskie India Pale Ale. Piwo wyszło poprawnie – tylko lekko opalizujące, cytrusowo gorzkie i buchające aromatem – ale popełniłem podstawowy błąd przy rozlewie i nie dopilnowałem, aby do butelek nie trafiły żadne drobinki chmielu, którego na cichą fermentację poszło baaardzo dużo. Przez to co druga butelka witała piwosza szybko wzbijająca się pianą, ale znów odkryłem, że im dłużej piwo leżało w piwnicy, tym spokojniejsze było przy otwieraniu.

W hołdzie dla Ennio Morricone powstało L’estasi dell’oro, które było luźnym klonem Citrinitas od Kraftwerku, które to mnie zachwyciło podczas wiosennej edycji wrocławskiego Beer Geek Madness. Wyobraźcie sobie India Pale Ale na wędzonym słodzie chmielone amerykańskimi cytrusowymi chmielami oraz przyprawione ostrą papryką. Gorzko, ostro i wędzono! Eksperyment powiódł się tylko w połowie, gdyż piwo było znakomite przez jakiś pierwszy miesiąc po refermentacji. Później kapsaicyna z chili zaczęła powolne wyostrzanie i w tym momencie cieszę się, że nie mam już żadnej butelki, bo ostatnią piłem na pół z kolegą, a i tak było ciężko. Jeżeli miałbym powtarzać to albo dałbym mniej chili, albo spróbowałbym to szybciej wypić.

Z dyńki II to naturalnie powtórzenie zeszłorocznego pumpkin ale Z dyńki. Tym razem do kotła poszło więcej dyni, więcej przypraw, chmiel z mniejszym stężeniem alfa-kwasów oraz inne drożdże, ale wyszło równie dobrze smacznie. Udało się uniknąć rozwarstwienia, na które narzekałem rok temu, dynia była jakby wyraźniejsza i znów udało mi się nie przesadzić z piernikiem. Aż pozwolę sobie zacytować mojego piwnego kumpla: Takie dyniowe to mogłyby robić te nasze polskie kraftsmany!

5

Koniec roku wiąże się z niższymi temperaturami, a co mogłoby rozgrzewać w zimie? Oczywiście, że smakowity belgijski dubbel! W taki oto sposób do gara trafiło sporo belgijskiego słodu z cukrem kandyzowanym, które z belgijskimi drożdżami przemieniły się w ciemne, gęste i słodkie Wyrwane z klasztoru. Bardzo lubię belgijskie style piwa i w moim odczuciu wychodzą mi całkiem nieźle, więc z pewnością będzie to jakiś utrzymujący się trend na przyszłe lata.

Dubbel wyszedł bardzo fajny, ale wyszło go też bardzo dużo, szczególnie jak na moje standardy. Zabutelkowałem zatem tylko 10 litrów bazowego piwa, a do reszty w fermentorze dorzuciłem cynamonu, jagód jałowca, płatków dębowych oraz skórek pomarańczy, aby nadań mu świąteczny klimat i mieć swoje pierwsze Christmas ale. Zabutelkowałem 15 litrów Urwanego z choinki parę dni później i bardzo cieszę się, że to zrobiłem, bo wyszła ciekawa kompozycja. Nie jest to w żadnym wypadku piernik w płynie, bo przyprawy są bardzo subtelne, ale picie sprawia dużo przyjemności.

W Dzień Niepodległości uwarzyłem irlandzkie czerwone ale, czyli wyspiarskiego klasyka, który jest czymś pomiędzy angielskim bitterem a irlandzkim stoutem, a który doprawiłem syropem klonowym. Piwo wyszło bardzo smaczne, tęskniłem za czymś lekkim i słodowym, ale niestety dodatek z Kanady przefermentował całkowicie (a był dodany podczas gotowania, cichej fermentacji oraz jako surowiec do refermentacji) i oscyluje gdzieś na granicy autosugestii. Nazwa Decree E49D139.41 nawiązuje do dokumentu ze skasowanego Expanded Universe Gwiezdnych wojen.

6

Pod koniec 2014 roku wyprodukowałem potwora (wędzone wino jęczmienne Kashmir), więc w tym roku nie chciałem zerwać tradycji i z początkiem grudnia w garze znalazły się surowce na potężnego Russian Imperial Stouta, którego ostateczny początkowy ekstrakt wyniósł 28 stopni Plato, a który będzie fermentował pewnie do początku lutego. Władimir Władimirowicz składał się z 10 kilo słodów i surowców niesłodowanych, chmielony był pięcioma odmianami chmielu na prawie 90 IBU, w tym momencie przefermentował już do 10.5% alkoholu, a będzie docelowo jeszcze doprawiony wanilią i płatkami dębowymi macerowanymi w whisky. Będzie się działo!

Natomiast z wysłodzin po tym potworze powstał lekki mild Niezbyt masywna czarna dziura, który gotowałem i fermentowałem z suszonymi śliwkami. Drożdże jeszcze dogorywają na cichej fermentacji, ale na dniach zostanie na pewno zabutelkowane i z racji niskiego ekstraktu będzie go można pewnie stosunkowo szybko pić.

fbcover007

Rok 2015 uważam za udany. Uwarzyłem mnóstwo dobrego piwa, wypiłem też trochę, choć moja uśredniona statystyka mówi, że spożywam jedynie 13% (!) tego, co wytworzę. Na pewno chciałbym powtórzyć minimum cztery przepisy, które realizowałem w tym roku: trzeci raz grodziskie i dyniowe oraz drugi raz miętowego witbiera oraz agrestowego kwacha.

Plan na pierwszą połowę 2016 roku mam już teoretycznie zamknięty, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby jeszcze coś do niego dodać. Nie zdradzę wszystkiego, ale mogę chyba uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć, że planuję uwarzyć na pewno koźlaka holenderskiego mniej więcej w edług tego przepisu, gose, Roggenbiera i białe India Pale Ale. Oprócz tego mam kilka niespodzianek (w tym jedną mocno ekscentryczną i eksperymentalną, którą chcę zaprezentować na spotkaniu piwowarów na WFDP) plus jedną kooperację ze znanym blogerem.

Mam nadzieję, że najgorsze piwo 2016 roku będzie lepsze niż najlepsze z 2015!

Japońskie IPA

Jedną z najfajniejszych zalet piwowarstwa domowego jest niewątpliwie możliwość eksperymentowania z każdym etapem produkcji piwa, dzięki czemu można uzyskać nadzwyczaj ciekawe efekty. Czasami wystarczy ciekawa odmiana chmielu, kiedy indziej dodatkowy składnik dodany na ostatni etap warzenia albo fikuśna przyprawa wrzucona na cichą fermentację. Możliwości są ograniczone tylko i wyłącznie wyobraźnią (i ewentualnie dostępem do surowców) piwowara.

IPA to flagowy styl piwnej rewolucji, więc nic dziwnego, że kolejny raz sięgnąłem po ten styl (szczególnie po wielkim sukcesie z genialnym Żubrem IPA i może nieco mniej smacznym, ale wciąż fajnym Dancing with Myself). Tym razem postanowiłem uwarzyć West Coast India Pale Ale – czyli wytrawną wersję jasnego i bardzo goryczkowego piwa górnej fermentacji – które przyprawiłem pacyficznym twistem. Nazwa JP na 100 IBU pokrętnie nawiązuje do udziału japońskich surowców, gdyż w piwie wylądowały japońskie chmiele, ryż oraz kwiaty jaśminu.

IMG_0020(siema, to ja chmielący brzeczkę)

Plan był taki, aby uzyskać ekstremalnie pijalne i lekkie piwo, które będzie orzeźwiające przez lekki zasyp i wysoką goryczkę, a dodatki nie będą muliły lub psuły efektu łał. Jakie surowce wpadły do kotła?

słody chmiele drożdże dodatki
pale ale 3kgpszeniczny 1kg

Carapils 0,5kg

zakwaszający 0,5kg

płatki ryżowe 0,5kg

Sorachi Ace 100g (12,5%)Pacific Gem 50g (15,3%) Mangrove Jack’s M44 US West Coast suszone kwiaty jaśminu 30gmech irlandzki 5g

Podstawą jak zwykle był pale ale (tym razem ze Strzegomia) oraz niemieckie pszeniczny, Carapils i zakwaszający; dodatkowo użyłem płatków ryżowych, których nie kleikowałem, a jedynie wsypałem razem z resztą słodów do ciepłej wody na zacieranie na lenia w około 67-69°C. Po godzinie zrobiłem jeszcze wygrzew do jakichś 72°C i rozpocząłem filtrację przez wężyk z oplotu, która trwała niecałą godzinę.

Chmielenie było wycyrklowane na 99.53 IBU według Brewer’s Friend. Na początku godzinnego warzenia do kotła poszło 30g Pacific Gemu, następnie 15 minut przed końcem 25g Sorachi Ace, 10 minut przed końcem 20g Pacific Gemu, pięć minut przed końcem 15g Sorachi Ace i 5g mchu irlandzkiego na klarowność oraz w ostatniej minucie jeszcze 10g Sorachi Ace. Piwo fermentowało z genialnymi drożdżami M44 US West Coast równe dwa tygodnie, a po zlanie na tygodniową cichą fermentację dodałem kolejne 50g Sorachi Ace oraz 30g suszonych kwiatów jaśminu. Efekt był piorunujący jeszcze przed butelkowaniem.

012 JP na 100 IBU Piwo było warzone 27 lutego i zabutelkowane 17 marca 2015 roku, a pierwszą butelkę otworzyłem 5 kwietnia i była moim pierwszym piwem po bezalkoholowym Wielkim Poście. Zgodnie z planami wyszło lekkie i orzeźwiające ale, które nie tylko obłędnie pachniało nowofalowymi odmianami chmielu, ale także miało wyczuwalny i niezamulający jaśmin. Jestem naprawdę dumny z uzyskanego aromatu, jednak smak okazał się być o wiele mniej goryczkowy niż planowałem. I nie wiem teraz czy była to kwestia chmielu (może sklep zapaczkował odmianę o mniejszej ilości alfa-kwasów?), czy może jaśmin w jakiś sposób wpłynął negatywnie na odczuwalność goryczki, ale z wyliczonych 100 IBU można byłoby powiedzieć, że nie ma więcej niż 50. A szkoda!

SONY DSC

Pięć butelek zabrałem ze sobą na spotkanie piwowarów na tegorocznym Wrocławskim Festiwalu Dobrego Piwa i… zrobiły furorę wśród innych domowych piwowarów. Muszę przyznać, że byłem z siebie bardzo, ale to bardzo dumny, mogąc polewać swoje piwo ludziom, którzy naprawdę znają się na piwowarstwie, a którzy byli nierzadko zachwyceni moją warką. Piwo rozeszło się momentalnie i nawet kropelka nie dotrwała momentu, w którym zaczęto wpuszczać ludzi niezwiązanych z domowym warzeniem piwa.

Wiadomo, że każdy piwowar bardzo krytycznie patrzy na swoje piwa, jednak wydaje mi się – a wiele osób to potwierdza – że JP na 100 IBU najlepsze piwo jakie opuściło mój domowy browar. Zostały mi już chyba tylko trzy butelki, ale jestem pewien, że jeszcze powtórzę to warzenie, bo szkoda, aby tak fajna receptura się miała zmarnować.

Dobre piwo w Wiedniu

Austriackie piwo? Jeszcze pół roku temu moje jedyne skojarzenia wiązały się z niezliczonymi markami jasnych lagerów, niemieckimi Hefeweizenami i popularnym marcowym. Ewentualnie przyszedłby mi na myśl klasyczny styl jakim jest lager wiedeński oraz nowofalowy austriacko-słoweński browar Bevog jako wyjątek potwierdzający regułę. Możecie zatem sobie wyobrazić jakie było moje zdziwienie, gdy odpaliłem listę najlepiej ocenianych piw na ratebeerze i dowiedziałem się, że piwna rewolucja dotarła również do tego niewielkiego kraju. Podczas gdy w Niemczech, które są przecież piwną potęgą, podobna lista składa się głównie z różnych odmian tradycyjnych koźlaków, piw pszenicznych i wędzonek (a czasami kombinacji wszystkich trzech stylów w jednym), w austriackim top 10 można znaleźć amerykańskie IPA, stouty czy CDA.

austria001(niemieckie napisy na tabliczkach wyglądają zawsze strasznie, bez względu co tam na nich pisze)

Mając w perspektywie wycieczkę do Wiednia na jeden z grudniowych weekendów, postanowiłem dowiedzieć się, gdzie mógłbym dostać jakieś ciekawe piwo. Wziąłem przede wszystkim pod uwagę fakt, że ratebeer przedstawia również Polskę jako piwne eldorado nowofalowej rewolucji, a z doświadczenia wiem, że czasami trzeba się nieźle nagimnastykować, aby dostać co fajniejsze butelki. Dlatego też nie chciałem jechać w ciemno i zapytałem jednego z aktywniejszych użytkowników na wspominanym portalu o pomoc.

I co? I był to strzał w dziesiątkę!

Sympatyczny piwosz mieszkający pod Wiedniem nie tylko opisał mi ze szczegółami i własnymi sugestiami całą piwną scenę w stolicy Austrii – zarówno puby, browary restauracyjne, jak i sklepy specjalistyczne – ale przede wszystkim wspólnie doszliśmy do wniosku, że należy chwalić się narodowym dobrem przed obcokrajowcami. Wynikiem tego rozumowania była wymiana najciekawszych polskich piw jakie mogłem znaleźć wówczas w sklepie za równie ciekawe piwa przedstawiające austriacki kraft. Nawet nie wiecie przed jak trudnym wyborem stanąłem, wiedząc, że mój internetowy nowy kolega lubi amerykański chmiel  nigdy nie pił nic z Polski, a ja mam wybrać osiem piw reprezentujący nasz kraj. Ciekaw jestem co byście wybrali na moim miejscu?

Tak więc oto zawiozłem do Wiednia trzy India Pale Ale (American IPA z Kormorana, Cascade IPA z Doctora Brew i Atak chmielu z Pinty), dwa American Pale Ale (Rocknrolla z Kingpina i King of Hop z AleBrowaru), Grodziskie 4.0, Grand Championa 2013 oraz uwarzonego przez siebie stouta mlecznego. W zamian dostałem Kramah z Bevoga (amerykańskie IPA z przepiękną etykietą), Black IPA, APA i barley wine z Brew Age, quadrupla z browaru austriackich trapistów, solidnie wędzone piwo z browaru 7 Stern, pale ale „bez nazwy” z Bierola oraz Aleysium 1852, które jest czymś między English Strong Ale i barley wine. Jednym słowem: łał!

WP_000696 (1)

Przez dwa dni w Wiedniu udało mi się również odwiedzić dwa… u nas powiedziałbym „browary restauracyjne”, jednak tam bardziej przyjęła się nazwa „brewpub”. Pierwszym z nich był 1516 Brewing Company usytuowany praktycznie w samym centrum Wiednia, a drugim Lichtenthaler Bräu.

1516 Brewing Company mieści się na Schwarzenbergstraße 2, czyli jakieś 10 minut spokojnym spacerkiem ze Stephansplatzu. Szyld na budynku nie pozostawia wątpliwości, że kierujemy się w dobrą stronę, a po wejściu utwierdzamy się w przekonaniu, że dobrze trafiliśmy. Od środka wygląda świetnie – najlepszym określeniem będzie „coś między irlandzkim pubem a niemiecką gospodą”. Na tablicach informacyjnych wyraźnie opisano dostępne piwa, a na końcu sali widać maszynerię do warzenia. Jedyny problem to brak zakazu palenia, co skutecznie odbiera przyjemność z picia piwa i uniemożliwia dokładniejsze zbadanie go sensorycznie.

Z tego, co udało mi się wyciągnąć od sympatycznie i biegle władającej angielskim kelnerki, w stałej ofercie można znaleźć pięć piw: jasnego lagera, řezané pivo, radlera, weizena na Cascade oraz amerykańskie IPA. Oprócz tego browar ma sezonowe piwa, które rotują z dosyć dużą częstotliwością; w pierwszej połowie grudnia można było się napić piwa korzennego oraz przyprawowego koźlaka. Moją uwagę przykuła jednak 1516 NZ Victory Hop Devil India Pale Ale (drugie najlepsze austriackie piwo według użytkowników RB) oraz 1516 Weisse. Z ręką na sercu mogę polecić oba.

Ciekawostka #1 (być może niesmaczna dla niektórych): w damskiej toalecie stoi automat z prezerwatywami, a w męskiej nie ma pisuarów, a jedynie długie koryto do wspólnego oddawania moczu.

austria002

Drugim odwiedzonym pubem był Lichtenthaler Bräu zlokalizowany na Lichtensteinstrasse 108; jest to jakieś 10 minut pieszo ze stacji metra Spittelau, gdzie jeżdżą linie U4 i U6, ale można też się dostać tramwajem prosto spod 1516 BC. Tutaj wystrój był o wiele bardziej domowo-restauracyjny: drewniane stoły z obrusami, kwiatki, wydzielony pokój dla palących oraz jedna z najciekawszych rzeczy jakie widziałem w pubie, czyli biblioteczka. Każdy może sobie wypożyczyć specjalistyczne książki o piwie na czas pobytu w pubie i poczytać o procesie warzenia,  różnych stylach, cudacznych piwach z całego świata czy konkretnych szczepach drożdży. Warto dodać, że większość książek jest po angielsku, a w jednej nawet zostało opisane Black Hope z AleBrowaru jako jedyne polskie piwo warte wspomnienia.

Piwo w Lichtenthaler? Wydaje mi się, że gatunki rotują dosyć często, ale różnorodność jest duża i każdy znajdzie coś dla siebie. Zacząłem od szkockiego ale, które niestety miało w aromacie mokrą szmatę, by później wypić przeciętne żytnie pale ale i przepyszne Le Tour d’Houblon, czyli – zgodnie ze słowami barmana – pszenicznego saisona. Dla tego ostatniego wrócę tam z wielką przyjemnością. Ponadto w browarze butelkowane są niektóre warki, więc zaopatrzyłem się w Double Red Ale; na pytanie czy mają jeszcze coś ciekawego, otrzymałem odpowiedź, że jest imperialny stout i wino jęczmienne… jednak tego drugiego została ostatnia butelka, która nawet nie została opisana. I wiecie co? Nie sprzedano mi jej, żeby nie wprowadzać klienta w błąd i nie sprzedać przypadkiem czegoś innego.

Ciekawostka #2: przez jakiś czas byliśmy jedynymi gośćmi i normalnie rozmawialiśmy sobie przy piwie, więc pewnie rozmowa się niosła po całym lokalu; gdy poszedłem po następne piwa, barman z wielkim zaciekawieniem zapytał czy jesteśmy Rosjanami, bo kiedyś słyszał rosyjski i uznał, że po takowemu mówimy… jak odpowiedziałem, że jesteśmy z Polski, zaczął szybko przepraszać jakby nas obraził najgorszą inwektywą.

austria003

Więc może jak będziecie kiedyś w Wiedniu to oprócz zwiedzania ratusza, zabawy na Praterze i podziwiania ogrodów i sal Schönbrunnu dacie się namówić jakieś dobre piwo?