strona 3 z 6

Mój piwny rok 2014

Zdaję sobie sprawę, że mamy połowę marca i nie jest to idealny czas na podsumowania ubiegłego roku, ale na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że ten tekst powstawał od jakiegoś czasu i zwyczajnie nie mogłem znaleźć chwili, aby go ukończyć. To praca, to uczelnia, to setka innych spraw. Uznałem jednak, że to ważna dla mnie sprawa, więc koniec końców zabrałem się za przypominanie sobie, dopisywanie i szeroko pojętą korektę.

O co chodzi? Ano, chciałbym się w tym miejscu pochwalić i w krótki sposób ocenić moją piwowarską działalność w roku 2014 – przede wszystkim po to, aby mieć podsumowanie do którego będę mógł kiedyś wrócić, ale także żeby móc pokazać innym ludziom jakie mogą być wymierne korzyści z prowadzenia takiego hobby.

120IBU

Warto wspomnieć, że moje pierwsze dwa piwa nie powstały na moim sprzęcie. Pierwszym był witbier Zimą wit uwarzony jeszcze w grudniu 2013 roku, a drugim amerykańskie India Pale Ale 120 IBU demokracji z marca; oba warzyłem z moim dobrym kolegą Bartkiem w jego Browarze domowym Kalina. Dzisiaj pozwolę sobie skupić się właśnie na tym drugim piwie.

AIPA chmielona była amerykańskimi Cascade, Columbusem, Mosaicem i Simcoe oraz nowozelandzka Motueką. Było to moje pierwsze spotkanie z instytucją chmielenia na zimno i (na szczęście) od razu pierwsze udane. To była bardzo dobra warka – zarówno pod względem aromatu, smaku, jak i prezencji – i mam nadzieję, że jeszcze ją kiedyś z Bartkiem powtórzymy.

piwa01

Jednak nie ma to jak warzyć na swoim i tak oto w maju udało mi się skompletować pełne oprzyrządowanie i rozpocząć z Gosią i Piotrkiem warzenie własnego piwa jako pretekst do przygotowywania projektu inżynierskiego na zbliżający się ostatni semestr studiowania na I stopniu na Politechnice Wrocławskiej. Amber Gold, czyli American Amber Ale było moim pierwszym i jedynym piwem warzonym z gotowego zestawu surowców kupionego w Twoim Browarze. Wyszło smaczne, choć bez żadnych rewelacji i widać w nim było błędy początkującego piwowara. Przede wszystkim mogłoby być bardziej klarowne, a gdybym je dzisiaj jeszcze raz warzył, z pewnością zastosowałbym intensywniejsze chmielenie na aromat lub na zimno.

Witbier Biały kruk był pół niewypałem i pół ciekawostką przyrodniczą. Przez trzy tygodnie od zabutelkowania średnio nadawał się do spożycia, by następnie mieć dwa tygodnie całkiem przyzwoitego żywota jako białe belgijskie piwo i na koniec stać się niepijalną bombą zegarową. W mojej ocenie problem leżał przede wszystkim w doborze zasypu i zbyt dużej procentowej zawartości surowców niesłodowanych. Szkoda, bo fajne dodatki i chmiel Mandarina Bavaria naprawdę „robiły fajną robotę”, jednak piwo szybko się zepsuło i przy otwieraniu potrafiło zaskoczyć niezłą fontanną piany. Do powtórzenia z solidniejszym zasypem.

Na swoje urodziny uwarzyłem na szybko American Pale Ale Urodzony 4. lipca, które serwowałem gościom na urodzinowym grillu, a później dopijałem przez resztę miesiąca. Piwo było smaczne, choć bardzo krótka fermentacja przeniosła się na całkowity brak klarowności, a jeszcze krótszy czas na refermentację spowodował prawie całkowity brak nasycenia. Piwo pachniało pięknie (w końcu była to mieszanka Cascade i Mandarina Bavaria), do smaku też nie miałem nic do zarzucenia, jednak suma składowa wad zrobiła swoje. Nauczka? Nie przyspieszać nigdy fermentacji.

piwa02

Jeszcze przed kupnem sprzętu wiedzieliśmy, że chcemy uwarzyć amerykańskie IPA, które będzie buchało cytrusowym aromatem i wykrzywiało twarz goryczką. Takim piwem był uwarzony w czerwcu Żubr AIPA chmielony Amarillo, Cascade i Citrą w dużych ilościach. Piwo wyszło lekko zmętnione, z ładną pianą i idealnym wysyceniem. Aromat i smak zdominowały cytrusy, egzotyczne owoce i żywica, czyli wszystko poszło po mojej myśli. Mówią, że to moja najlepsza warka z 2014 roku. Czy to prawda? Nie wiem, ale piwo zdecydowanie zostanie powtórzone w tym roku.

Kolejnym piwem, z którego jestem dumny jest Tradycyjne grodziskie, które warzyliśmy w sierpniu. Lekka pszeniczna wędzonka nie jest czymś, co posmakuje wszystkim, jednak ja byłem wniebowzięty mogąc nad rzeką wypić własnego grodzisza. Piwo było lekko chmielowe w aromacie, średnio mętne, pieniste, mocno nasycone i wędzone. Następnym razem zamierzam poeksperymentować z karukiem i innym gatunkiem chmielu, ale już teraz wiem, że na te wakacje również muszę uwarzyć ten styl.

Największym tegorocznym eksperymentem było pumpkin ale o nazwie Z dyńki. Pieczona dynia Hokkaido w zasypie oraz cynamon, imbir, gałka muszkatołowa i ziele angielskie podczas chmielenia wywołałyby palpitacje serca u niejednego miłośnika Reinheitsgebotu. Piwo wyszło w dwóch wersjach: jedna była lekka, stosunkowo mocno nagazowana z ładną czapą piany i lekko pachnąca przyprawami, podczas gdy druga wersja była gęstym piwem bez piany, ale za to z mocną koncentracją świątecznych aromatów. Wydaje mi się, że problem wynikał z braku mieszania podczas rozlewu, co najpewniej spowodowało rozwarstwienie się piwa pod wpływem tłuszczu z dyni i wszystkich przypraw. Druga wersja stanowiła jakieś 80% warki, ale była bardzo smaczna; to piwo również zamierzam powtórzyć na ten listopad.

piwa03

Dancing with Myself to tytuł piosenki Billy’ego Idola, ale także moja próba skopiowania flagowego piwa ze stajni szkockiego BrewDoga, czyli Punk IPA. Wykorzystałem lepszy sort słodu pale ale (konkretniej Maris Otter) oraz dokładnie tę są mieszankę gatunków chmielu (Ahtanum, Chinook, mój ulubiony na tę chwilę Nelson Sauvin i Simcoe), jednak nie udało mi się dorównać kunsztowi piwowarów z Ellon. Nie żebym narzekał albo wylewał piwo do zlewu – było smaczne, a momentami nawet bardzo, jednak profil słodowy nieco za bardzo się wybijał ponad chmiel, a klarowność również pozostawiała wiele do życzenia. Jeszcze w styczniu piłem ostatnią butelkę i byłem z niej zadowolony.

Mleczny stout Ostatni pocałunek był z kolei moją pierwszą przygodą ze światem ciemnych piw. Mój problem ze stoutami jest taki, że nie piję w ogóle kawy, a aromaty i smaki palone idące w stronę cappuccino w żaden sposób mi nie podchodzą. Wszyscy jednak chcieli spróbować stout, więc uwarzyłem stout… mleczny. Po krótkiej rozmowie z Wojtkiem Solipiwko we wrocławskiej Marynce uznałem, że nie będę się bawił w półśrodki i zrobię prawdziwą laktozową bombę. Piwo wyszło w opinii wielu osób znakomicie; wyglądało świetnie z gęstą czapą piany i smakowało jak mocna kawa z mlekiem, choć czuć było również aromaty chmielowe. Jakoś się złożyło, że wypiłem aż pięć butelek, ale dalej nie jestem przekonany, że kiedykolwiek polubię stouty.

W listopadzie uwarzyłem wino jęczmienne Kashmir zawdzięczające nazwę najlepszemu utworowi z dyskografii Led Zeppelin. Przy konstruowaniu przepisu celowałem w klasyczne angielskie barley wine, jednak koniec końców postanowiłem zmutować podstawową recepturę i dodać mocny twist. Wędzone barley wine zostało przedstawione przez Browar Artezan w październiku jako Preparat, a ja nie chciałem być w żaden sposób gorszy. W taki oto sposób do gara trafiło ponad dziesięć kilogramów słodu (w tym 20% wędzonego na różnoraki sposób), co ostatecznie dało potwora rzędu 28 stopni Plato. Piwo zabutelkowałem tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, a pierwszą butelkę otworzyłem w połowie lutego. Wrażenia z degustacji publikowałem na Facebooku i mam duże nadzieje co do tego piwa. Kolejne butelki zamierzam otworzyć w okolicach maja.

 010 Ruda na myszach

Ostatnim moim piwem warzonym w 2014 roku było nowoczesne szkockie ale Ruda na myszach. Jasne piwo z potężnym aromatem dębu i whisky uważam za ciekawy i przede wszystkim udany eksperyment. Z wielkim zdziwieniem (i jeszcze większą radością) odkryłem ostatnio, że w piwnicy zostały mi nie trzy, ale siedem ostatnich butelek, więc mam nadzieję, że piwo dotrzyma do kwietnia i okaże się jeszcze lepszym po wyleżakowaniu.

Wychodzi na to, że w rok (a dokładniej w osiem miesięcy) uwarzyłem 11 warek piwa średnio po 18-20 litrów na warkę; oczywiście prawie wszystkie warzyłem „na spółę”, więc moim rekordem w liczbie wypitych butelek jest Żubr AIPA i Z dyńki, których wypiłem raptem po osiem butelek (na przeciwległym biegunie leży Biały kruk z trzema butelkami). W 2015 zamierzam pobić ten rekord, a na dzień dzisiejszy mam na koncie jedno uwarzone i rozlane piwo (smakowity belgijski blond Legalna blondynka) oraz dwie fermentujące warki: japońskie IPA oraz klasycznego niemieckiego Hefeweizena. W planach mam powtórzenie przynajmniej trzech zeszłorocznych piw (AIPA, grodziskie i dyniowe) oraz kilka pomysłów – jednych bardziej, drugich mniej ortodoksyjnych. Co byście powiedzieli na witbiera z miętą albo milda z wędzonymi śliwkami?

Domowa produkcja piwa okazała się być bardzo ciekawym, zajmującym oraz przede wszystkim przynoszącym wymierne korzyści hobby. W tym momencie praktycznie przestałem pić jakiekolwiek koncernowe piwa na rzecz własnych wyrobów oraz ciekawszych przedstawicieli polskiego lub zagranicznego rzemiosła. Lubię mieć kontrolę nad całym procesem powstawania piwa: od układania receptury, przez sam proces warzenia, fermentację i butelkowanie, aż po degustację gotowego produktu. Jest w tym jakaś magia… i nie dotyczy ona jedynie mieszania wielgachną łychą w wielkim garze wypełnionym różnorakimi surowcami.

Nowoczesne szkockie ale

Z tego, co się orientuję, styl piwny jakim jest szkockie ale powinien charakteryzować się mocnym słodowym profilem, nikłym zapachem chmielu i ewentualnymi palonymi aromatami. Brzmi nudno, choć jest to niewątpliwie klasyka wyspiarskiego piwowarstwa. Moja przygoda z tym gatunkiem skończyła się na smacznym (jednak nie nazwałbym go rewelacyjnym) Scottish Ale ze szkockiego Belhavena oraz słabym Scotch Ale z wiedeńskiego Lichtenthaler Bräu. Mając do dyspozycji setkę piwnych stylów do uwarzenia, nie sądziłem, że szybko z mojego gara wyjdzie tradycyjny Szkot.

Piękno piwowarstwa domowego polega na tym, że można eksperymentować praktycznie bez żadnych ograniczeń. Czasami produkt końcowy może przez to okazać się tragiczny i wylądować w kanale, jednak wydaje mi się, że częściej wychodzą dzięki temu małe perełki, które prawdopodobnie nigdy nie pojawiłyby się na świecie, gdybyśmy mieli czekać na owoce pracy browarów komercyjnych (i mówię tutaj oczywiście również o szeroko pojętym rzemiośle).

W jaki sposób uatrakcyjnić tak nudny styl jak scottish ale?

Moja propozycja to intensywne i wychodzące poza ramy stylu chmielenie nowofalowymi odmianami oraz fermentacja z płatkami dębowymi marynowanymi w whisky. Nie będzie to już klasyczne szkockie ale, ale… dlaczego by go nie nazwać nowoczesnym szkockim ale?

IMG_0004
(to już produkt końcowy, ale przed opisem sensorycznym pozwolę sobie przedstawić proces warzenia)

 Jeżeli chcielibyście powtórzyć mój eksperyment, przedstawiam skróconą instrukcję dla piwowarów. Byłoby mi bardzo miło, gdyby ktoś faktycznie uwarzył coś podobnego i dał znać czy wyszło mu równie dobrze jak mi. Tak czy siak, będziemy potrzebowali:

słody chmiele drożdże dodatki
pale ale 3kg

pszeniczny 1kg

whisky 0,5kg

pszeniczny czekoladowy 0,05kg

Belma 50g (11,6%)

Calypso 50g (14,4%)

Fermentis Safale US-05 płatki dębowe amerykańskie mocno przypalone 50g

whisky 50ml

mech irlandzki 5g

Zasyp nie jest skomplikowany: pale ale jako podstawa, pszeniczny dla poprawy piany, whisky dla specyficznych aromatów oraz pszeniczny czekoladowy do korekcji koloru. Chmielenie było czystą fantazją, gdyż nigdy się nie spotkałem w innym piwie ani z Belmą, ani z Calypso. Producent opisał pierwszy gatunek jako dający aromaty truskawki, melona i grejpfruta, a drugiemu przypisał gruszkę, jabłko i limonkę, więc postanowiłem wypróbować te cudaki.

Zacierałem leniwie przez 70 minut w temperaturze około 68ºC; pamiętajcie o wygrzewie do siedemdziesięciu paru stopni na koniec, aby poprawić filtrację. Sama filtracja szła powoli, ale nie najgorzej. Gotowanie trwało 60 minut, z czego na samym początku wrzenia dodałem 10g Calypso, 15 minut przed końcem kolejne 10g Calypso i 5g mchu irlandzkiego na poprawę klarowności, 10 minut przed końcem 10g Belmy i pięć minut przed końcem kolejne 15g Belmy.

Po schłodzeniu brzeczki zadałem Safale US-05 i zostawiłem na dziesięć dni na fermentacji burzliwej. Kilka dni przed warzeniem przesypałem płatki dębowe do wysterylizowanego słoika i zalałem je szkocką whisky, a konkretniej Grant’s Ale Cask Finish, którego miałem aktualnie na stanie. Za warty wspomnienia fakt uznałem to, że będę fermentował piwo z drewnem marynowanym w destylacie, który uprzednio leżakował w beczce po piwie. Ot, drewniana incepcja.

Płatki, 30g Calypso oraz 25g Belmy dodałem na cichą fermentację, która trwała kolejne niecałe dwa tygodnie. 16 litrów piwa zabutelkowałem z 70g glukozy, żeby nie było za bardzo nagazowane. Piwo nazwałem Ruda na myszach przede wszystkim ze względu na użyty destylat.

IMG_0002 (1)

W dniu, w którym piszę ten artykuł, zostało mi bodajże pięć butelek. Choć przy pierwszej i drugiej wypitej butelce byłem daleki od zachwytów, w którymś momencie piwo w końcu się przetrawiło i okazało się, że mogę być dumny z efektów swojej pracy.

Ruda jest przede wszystkim elegancko klarowna i ma niewielką, ale trwałą pianę oblepiającą szkło. Wrażenia sensoryczne zebrałem od kilku osób, więc mam jako taką bazę do wysunięcia ogólnych wniosków. Aromat to mieszanka drewna, wanilii, karmelu, białych owoców, oraz przede wszystkim lekko torfowej whisky (tutaj pytanie czy to ze słodu, czy z marynowanych płatków dębowych)? W smaku baza słodowa, wyraźniejsza nuta szkockiej, wyczuwalna goryczka i zaplątana pomiędzy to wszystko pszenica. Jestem zadowolony, gdyż praktycznie wyeliminowałem problem zapachu i osadu drożdży na dnie butelki. Piwo nie jest mocno nasycone i pije się je bardzo szybko… możliwe nawet, że zbyt szybko.

W najbliższym czasie postaram się uzupełnić opisy uwarzonych już piw, a może nawet pokuszę się na jakieś podsumowanie mojego piwowarstwa w 2014 roku. W końcu wróciła mi chęć do pisania, więc spodziewajcie się częstszego linkowania na Facebooku i zwiększonej aktywności, a także mojej obecności w blogosferze.

Dobre piwo w Wiedniu

Austriackie piwo? Jeszcze pół roku temu moje jedyne skojarzenia wiązały się z niezliczonymi markami jasnych lagerów, niemieckimi Hefeweizenami i popularnym marcowym. Ewentualnie przyszedłby mi na myśl klasyczny styl jakim jest lager wiedeński oraz nowofalowy austriacko-słoweński browar Bevog jako wyjątek potwierdzający regułę. Możecie zatem sobie wyobrazić jakie było moje zdziwienie, gdy odpaliłem listę najlepiej ocenianych piw na ratebeerze i dowiedziałem się, że piwna rewolucja dotarła również do tego niewielkiego kraju. Podczas gdy w Niemczech, które są przecież piwną potęgą, podobna lista składa się głównie z różnych odmian tradycyjnych koźlaków, piw pszenicznych i wędzonek (a czasami kombinacji wszystkich trzech stylów w jednym), w austriackim top 10 można znaleźć amerykańskie IPA, stouty czy CDA.

austria001(niemieckie napisy na tabliczkach wyglądają zawsze strasznie, bez względu co tam na nich pisze)

Mając w perspektywie wycieczkę do Wiednia na jeden z grudniowych weekendów, postanowiłem dowiedzieć się, gdzie mógłbym dostać jakieś ciekawe piwo. Wziąłem przede wszystkim pod uwagę fakt, że ratebeer przedstawia również Polskę jako piwne eldorado nowofalowej rewolucji, a z doświadczenia wiem, że czasami trzeba się nieźle nagimnastykować, aby dostać co fajniejsze butelki. Dlatego też nie chciałem jechać w ciemno i zapytałem jednego z aktywniejszych użytkowników na wspominanym portalu o pomoc.

I co? I był to strzał w dziesiątkę!

Sympatyczny piwosz mieszkający pod Wiedniem nie tylko opisał mi ze szczegółami i własnymi sugestiami całą piwną scenę w stolicy Austrii – zarówno puby, browary restauracyjne, jak i sklepy specjalistyczne – ale przede wszystkim wspólnie doszliśmy do wniosku, że należy chwalić się narodowym dobrem przed obcokrajowcami. Wynikiem tego rozumowania była wymiana najciekawszych polskich piw jakie mogłem znaleźć wówczas w sklepie za równie ciekawe piwa przedstawiające austriacki kraft. Nawet nie wiecie przed jak trudnym wyborem stanąłem, wiedząc, że mój internetowy nowy kolega lubi amerykański chmiel  nigdy nie pił nic z Polski, a ja mam wybrać osiem piw reprezentujący nasz kraj. Ciekaw jestem co byście wybrali na moim miejscu?

Tak więc oto zawiozłem do Wiednia trzy India Pale Ale (American IPA z Kormorana, Cascade IPA z Doctora Brew i Atak chmielu z Pinty), dwa American Pale Ale (Rocknrolla z Kingpina i King of Hop z AleBrowaru), Grodziskie 4.0, Grand Championa 2013 oraz uwarzonego przez siebie stouta mlecznego. W zamian dostałem Kramah z Bevoga (amerykańskie IPA z przepiękną etykietą), Black IPA, APA i barley wine z Brew Age, quadrupla z browaru austriackich trapistów, solidnie wędzone piwo z browaru 7 Stern, pale ale „bez nazwy” z Bierola oraz Aleysium 1852, które jest czymś między English Strong Ale i barley wine. Jednym słowem: łał!

WP_000696 (1)

Przez dwa dni w Wiedniu udało mi się również odwiedzić dwa… u nas powiedziałbym „browary restauracyjne”, jednak tam bardziej przyjęła się nazwa „brewpub”. Pierwszym z nich był 1516 Brewing Company usytuowany praktycznie w samym centrum Wiednia, a drugim Lichtenthaler Bräu.

1516 Brewing Company mieści się na Schwarzenbergstraße 2, czyli jakieś 10 minut spokojnym spacerkiem ze Stephansplatzu. Szyld na budynku nie pozostawia wątpliwości, że kierujemy się w dobrą stronę, a po wejściu utwierdzamy się w przekonaniu, że dobrze trafiliśmy. Od środka wygląda świetnie – najlepszym określeniem będzie „coś między irlandzkim pubem a niemiecką gospodą”. Na tablicach informacyjnych wyraźnie opisano dostępne piwa, a na końcu sali widać maszynerię do warzenia. Jedyny problem to brak zakazu palenia, co skutecznie odbiera przyjemność z picia piwa i uniemożliwia dokładniejsze zbadanie go sensorycznie.

Z tego, co udało mi się wyciągnąć od sympatycznie i biegle władającej angielskim kelnerki, w stałej ofercie można znaleźć pięć piw: jasnego lagera, řezané pivo, radlera, weizena na Cascade oraz amerykańskie IPA. Oprócz tego browar ma sezonowe piwa, które rotują z dosyć dużą częstotliwością; w pierwszej połowie grudnia można było się napić piwa korzennego oraz przyprawowego koźlaka. Moją uwagę przykuła jednak 1516 NZ Victory Hop Devil India Pale Ale (drugie najlepsze austriackie piwo według użytkowników RB) oraz 1516 Weisse. Z ręką na sercu mogę polecić oba.

Ciekawostka #1 (być może niesmaczna dla niektórych): w damskiej toalecie stoi automat z prezerwatywami, a w męskiej nie ma pisuarów, a jedynie długie koryto do wspólnego oddawania moczu.

austria002

Drugim odwiedzonym pubem był Lichtenthaler Bräu zlokalizowany na Lichtensteinstrasse 108; jest to jakieś 10 minut pieszo ze stacji metra Spittelau, gdzie jeżdżą linie U4 i U6, ale można też się dostać tramwajem prosto spod 1516 BC. Tutaj wystrój był o wiele bardziej domowo-restauracyjny: drewniane stoły z obrusami, kwiatki, wydzielony pokój dla palących oraz jedna z najciekawszych rzeczy jakie widziałem w pubie, czyli biblioteczka. Każdy może sobie wypożyczyć specjalistyczne książki o piwie na czas pobytu w pubie i poczytać o procesie warzenia,  różnych stylach, cudacznych piwach z całego świata czy konkretnych szczepach drożdży. Warto dodać, że większość książek jest po angielsku, a w jednej nawet zostało opisane Black Hope z AleBrowaru jako jedyne polskie piwo warte wspomnienia.

Piwo w Lichtenthaler? Wydaje mi się, że gatunki rotują dosyć często, ale różnorodność jest duża i każdy znajdzie coś dla siebie. Zacząłem od szkockiego ale, które niestety miało w aromacie mokrą szmatę, by później wypić przeciętne żytnie pale ale i przepyszne Le Tour d’Houblon, czyli – zgodnie ze słowami barmana – pszenicznego saisona. Dla tego ostatniego wrócę tam z wielką przyjemnością. Ponadto w browarze butelkowane są niektóre warki, więc zaopatrzyłem się w Double Red Ale; na pytanie czy mają jeszcze coś ciekawego, otrzymałem odpowiedź, że jest imperialny stout i wino jęczmienne… jednak tego drugiego została ostatnia butelka, która nawet nie została opisana. I wiecie co? Nie sprzedano mi jej, żeby nie wprowadzać klienta w błąd i nie sprzedać przypadkiem czegoś innego.

Ciekawostka #2: przez jakiś czas byliśmy jedynymi gośćmi i normalnie rozmawialiśmy sobie przy piwie, więc pewnie rozmowa się niosła po całym lokalu; gdy poszedłem po następne piwa, barman z wielkim zaciekawieniem zapytał czy jesteśmy Rosjanami, bo kiedyś słyszał rosyjski i uznał, że po takowemu mówimy… jak odpowiedziałem, że jesteśmy z Polski, zaczął szybko przepraszać jakby nas obraził najgorszą inwektywą.

austria003

Więc może jak będziecie kiedyś w Wiedniu to oprócz zwiedzania ratusza, zabawy na Praterze i podziwiania ogrodów i sal Schönbrunnu dacie się namówić jakieś dobre piwo?