Z tego, co się orientuję, styl piwny jakim jest szkockie ale powinien charakteryzować się mocnym słodowym profilem, nikłym zapachem chmielu i ewentualnymi palonymi aromatami. Brzmi nudno, choć jest to niewątpliwie klasyka wyspiarskiego piwowarstwa. Moja przygoda z tym gatunkiem skończyła się na smacznym (jednak nie nazwałbym go rewelacyjnym) Scottish Ale ze szkockiego Belhavena oraz słabym Scotch Ale z wiedeńskiego Lichtenthaler Bräu. Mając do dyspozycji setkę piwnych stylów do uwarzenia, nie sądziłem, że szybko z mojego gara wyjdzie tradycyjny Szkot.

Piękno piwowarstwa domowego polega na tym, że można eksperymentować praktycznie bez żadnych ograniczeń. Czasami produkt końcowy może przez to okazać się tragiczny i wylądować w kanale, jednak wydaje mi się, że częściej wychodzą dzięki temu małe perełki, które prawdopodobnie nigdy nie pojawiłyby się na świecie, gdybyśmy mieli czekać na owoce pracy browarów komercyjnych (i mówię tutaj oczywiście również o szeroko pojętym rzemiośle).

W jaki sposób uatrakcyjnić tak nudny styl jak scottish ale?

Moja propozycja to intensywne i wychodzące poza ramy stylu chmielenie nowofalowymi odmianami oraz fermentacja z płatkami dębowymi marynowanymi w whisky. Nie będzie to już klasyczne szkockie ale, ale… dlaczego by go nie nazwać nowoczesnym szkockim ale?

IMG_0004
(to już produkt końcowy, ale przed opisem sensorycznym pozwolę sobie przedstawić proces warzenia)

 Jeżeli chcielibyście powtórzyć mój eksperyment, przedstawiam skróconą instrukcję dla piwowarów. Byłoby mi bardzo miło, gdyby ktoś faktycznie uwarzył coś podobnego i dał znać czy wyszło mu równie dobrze jak mi. Tak czy siak, będziemy potrzebowali:

słody chmiele drożdże dodatki
pale ale 3kg

pszeniczny 1kg

whisky 0,5kg

pszeniczny czekoladowy 0,05kg

Belma 50g (11,6%)

Calypso 50g (14,4%)

Fermentis Safale US-05 płatki dębowe amerykańskie mocno przypalone 50g

whisky 50ml

mech irlandzki 5g

Zasyp nie jest skomplikowany: pale ale jako podstawa, pszeniczny dla poprawy piany, whisky dla specyficznych aromatów oraz pszeniczny czekoladowy do korekcji koloru. Chmielenie było czystą fantazją, gdyż nigdy się nie spotkałem w innym piwie ani z Belmą, ani z Calypso. Producent opisał pierwszy gatunek jako dający aromaty truskawki, melona i grejpfruta, a drugiemu przypisał gruszkę, jabłko i limonkę, więc postanowiłem wypróbować te cudaki.

Zacierałem leniwie przez 70 minut w temperaturze około 68ºC; pamiętajcie o wygrzewie do siedemdziesięciu paru stopni na koniec, aby poprawić filtrację. Sama filtracja szła powoli, ale nie najgorzej. Gotowanie trwało 60 minut, z czego na samym początku wrzenia dodałem 10g Calypso, 15 minut przed końcem kolejne 10g Calypso i 5g mchu irlandzkiego na poprawę klarowności, 10 minut przed końcem 10g Belmy i pięć minut przed końcem kolejne 15g Belmy.

Po schłodzeniu brzeczki zadałem Safale US-05 i zostawiłem na dziesięć dni na fermentacji burzliwej. Kilka dni przed warzeniem przesypałem płatki dębowe do wysterylizowanego słoika i zalałem je szkocką whisky, a konkretniej Grant’s Ale Cask Finish, którego miałem aktualnie na stanie. Za warty wspomnienia fakt uznałem to, że będę fermentował piwo z drewnem marynowanym w destylacie, który uprzednio leżakował w beczce po piwie. Ot, drewniana incepcja.

Płatki, 30g Calypso oraz 25g Belmy dodałem na cichą fermentację, która trwała kolejne niecałe dwa tygodnie. 16 litrów piwa zabutelkowałem z 70g glukozy, żeby nie było za bardzo nagazowane. Piwo nazwałem Ruda na myszach przede wszystkim ze względu na użyty destylat.

IMG_0002 (1)

W dniu, w którym piszę ten artykuł, zostało mi bodajże pięć butelek. Choć przy pierwszej i drugiej wypitej butelce byłem daleki od zachwytów, w którymś momencie piwo w końcu się przetrawiło i okazało się, że mogę być dumny z efektów swojej pracy.

Ruda jest przede wszystkim elegancko klarowna i ma niewielką, ale trwałą pianę oblepiającą szkło. Wrażenia sensoryczne zebrałem od kilku osób, więc mam jako taką bazę do wysunięcia ogólnych wniosków. Aromat to mieszanka drewna, wanilii, karmelu, białych owoców, oraz przede wszystkim lekko torfowej whisky (tutaj pytanie czy to ze słodu, czy z marynowanych płatków dębowych)? W smaku baza słodowa, wyraźniejsza nuta szkockiej, wyczuwalna goryczka i zaplątana pomiędzy to wszystko pszenica. Jestem zadowolony, gdyż praktycznie wyeliminowałem problem zapachu i osadu drożdży na dnie butelki. Piwo nie jest mocno nasycone i pije się je bardzo szybko… możliwe nawet, że zbyt szybko.

W najbliższym czasie postaram się uzupełnić opisy uwarzonych już piw, a może nawet pokuszę się na jakieś podsumowanie mojego piwowarstwa w 2014 roku. W końcu wróciła mi chęć do pisania, więc spodziewajcie się częstszego linkowania na Facebooku i zwiększonej aktywności, a także mojej obecności w blogosferze.