Wędzone wino jęczmienne

009 Kashmir

Uważam, że wino jęczmienne, czyli barley wine, jest jednym z najciekawszych stylów piwnych jakie można spotkać w piwowarstwie – również w tym domowym. Jest to potężne piwo górnej fermentacji, którego ekstrakt początkowy nierzadko przekracza 26º Plato, za czym idzie zawartość alkoholu powyżej 11%, a które charakteryzuje się bardzo mocną słodową podbudową, czyli niebanalnym i złożonym aromatem i smakiem, pochodzącym przede wszystkim od mieszanki słodów. Klasycznie dzieli się je na dwa rodzaje: tradycyjne angielskie barley wine, po którym możemy spodziewać  się przede wszystkim aromatów karmelu, chleba, suszonych owoców, rodzynek, śliwek oraz nowofalowe amerykańskie, czyli to samo, ale z uderzeniem amerykańskiego chmielu.

Pierwszym winem jęczmiennym z jakim miałem styczność było Mr Hard z Pracowni Piwa, w którym zakochałem się po pierwszym łyku na zeszłorocznym Wrocławskim Festiwalu Dobrego Piwa. Później wypiłem kilka bardzo dobrych (Tally-Ho z Adnamsa, słynny Horn Dog z Flying Doga czy Struis z ‚t IJ) oraz kilka gorszych (Big Worster z Mikkellera czy #100 z Nøgne Ø) przedstawicieli stylu, aczkolwiek wciąż uważam barley wine za jeden z moich ulubionych stylów.

I gdy większość piwoszy i piwowarów rajcuje myśl o Russian Imperial Stoucie, dla mnie ważniejsze było upichcenie w domowym zaciszu własnej interpretacji wina jęczmiennego. Duży efekt wow odcisnął na mnie Preparat z Browaru Artezan, więc moja koncepcja klasycznego angielskiego barley wine zmieniła się w eksperymentalne wędzone wino jęczmienne. Docelowo miało to być moje najmocniejsze piwo, dlatego też otrzymało nazwę najlepszej piosenki z dyskografii Led Zeppelin: Kashmir.

 Standardowo przedstawiam tabelkę z listą potrzebnych składników:

słody chmiele drożdże dodatki
pale ale Halcyon 2kg

pale ale Maris Otter 2kg

pszeniczny 2kg

Abbey 1kg

wędzony nad wiśnią 1kg

wiedeński 1kg

melanoidynowy 0.5kg

whisky 0.5kg

pszeniczny czekoladowy 0.1kg

prażona pszenica 0.5kg

Bramling Cross 50g

East Kent Goldings 50g

Nelson Sauvin 50g

Sovereign 50g

Mangrove Jack’s M07 British Ale

drożdże winne

płatki dębowe amerykańskie mocno przypalone 50g

cukier kandyzowany 50g

 Uff, dużo tego. Sam zasyp to ponad 10 kilogramów ziarna. Podstawą zasypu były dwie angielskie odmiany słodu pale ale: ciasteczkowy Halcyon oraz intensywny aromatycznie Maris Otter. Dodatkowe aromaty i smaki miały pojawić przez zastosowanie słodów pszenicznego, Abbey i melanoidynowego, a wiedeński i pszeniczny czekoladowy miały odpowiadać przede wszystkim za korekcję koloru. Półtora kilograma słodów wędzonych – z czego kilogram fantastycznie pachnącego słodu jęczmiennego wędzonego nad drewnem drzewa wiśniowego oraz pół kilo słodu whisky wędzonego torfem – miało przygotować bombę, którą piwosze zapamiętają na długo.

Bałem się zacierać wszystko w jednym garze, więc podzieliłem tę część procesu na dwa etapy. Najpierw do wody o temperaturze 72ºC wsypałem mieszankę 2.0kg Halcyon + 2.0kg pszenicznego + 0.5kg Abbey + 0.5kg Cherry Briess, którą zacierałem na lenia przez godzinę. Pod przełożeniu zatartego słodu do fermentora, ponownie podgrzałem wodę i dosypałem pozostałe słody. Zacząłem wszystko o szesnastej, a skończyłem filtrację o dwudziestej drugiej.

WP_000677(1)

Filtracja była mordęgą. Po uzyskaniu 14 litrów o wspomnianej godzinie dziesiątej, postanowiłem zacząć gotowanie. Na goryczkę na początku wrzenia poszło całe opakowanie Bramling Cross, później na 15 minut przed końcem dodałem 50g East Kent Goldings, a dziesięć minut później dla aromatu przyprawiłem paczką Nelson Sauvin. W międzyczasie cały czas do garnka dolewałem brzeczkę, gdyż w godzinę udało mi się przefiltrować dodatkowy litr. Przed północą skończyłem warzenie, zapakowałem fermentor z gorącą brzeczką do gara z zimną wodą i poszedłem spać.

Do fermentacji użyłem drożdży Mangrove Jack’s M07 British Ale (przeznaczonymi do mocniejszych piw takich jak właśnie barley wine), które wspomogłem paczką drożdży winiarskich. Kolega w podobny sposób fermentował swoje wino jęczmienne i był zadowolony.

WP_000687(1)

Po ponad dwóch tygodniach fermentacji burzliwej zlałem piwo na cichą. Dodałem przy tym 50g kandyzowanego cukru dla rozruszania drożdży, 50g płatków dębowych dla aromatu oraz 50g chmielu Sovereign; piwo z taką oto mieszanką leżało kolejny miesiąc. Nawet rozlew różnił się od tego etapu przy poprzednich piwach, gdyż postanowiłem zabutelkować wszystko do butelek o pojemności 330ml. Wyszło ich 42 plus jedna duża butla 750ml po francuskim Bière de Garde, które ma szyjkę, którą można zakapslować kapslem 26mm.

SONY DSC

Pierwszą butelkę odtworzyłem po dwóch miesiącach leżakowania w butelkach. Napisałem o nim tak na swoim fejsbukowym profilu:

A oto i pierwsza odkapslowana butelka mojego wina jęczmiennego. KASHMIR, czyli british barley wine ale, które okazało się być bardziej smoked barley wine. Ogólnie zamierzam mu dać jeszcze poleżeć (zabutelkowałem go 60 dni temu), ale pomyślałem, że to dobre piwo na ostatni dzień przed Wielkim Postem.

Kalkulator mówi mi o 12% alkoholu z początkowym ekstraktem około 28 stopni Plato. Fermentowałem to drożdżami piwnymi i winnymi. Na pierwszy rzut oka widać, że nie grzeszy ani dobrą pianą, ani klarownością (choć mam nadzieję, że to drugie się jeszcze poprawi z upływem czasu).

W aromacie mieszanina słodów, wędzonka, suszone śliwki, rodzynki, drewno. O dziwo nie ma nuty alkoholowej. W smaku natomiast na pierwszy plan wychodzą właśnie nuty wędzone (zasługa albo wina słodu wędzonego nad wiśnią oraz słodu whisky), zaraz za nimi mocna podbudowa słodowa. Przy przełknięciu czuć delikatną smyranie alkoholu oraz trochę chmielowej goryczki.

Mimo praktycznie zerowego nasycenia i wysokiej zawartości alkoholu, piwo (wino?) jest ekstremalnie pijalne… o ile lubicie piwa wędzone. Poziom wędzonki pi razy drzwi przypomina Preparat z Browar Artezan. Myślę, że za pół roku smak i alkohol jeszcze bardziej się ułożą i Kashmir będzie wspaniałym towarzyszem wieczorów.

Dwie butelki już trafiły do piwnego depozytu w Piwnicy, więc jeżeli macie coś na wymianę, możecie podskoczyć na Zaporoską. Zamierzam też zabrać kilka butelek na Wrocławski Festiwal Dobrego Piwa.

10985415_887937857925128_5899313093081446466_n

Jestem pewien, że jeszcze kiedyś pokuszę się o uwarzenie takiego potwora. Przede wszystkim jednak poświęcę temu cały dzień i zacznę zacieranie rano, żeby móc przefiltrować zacier spokojnie do wieczora. Muszę skupić się na poprawieniu klarowności (tutaj kłaniają się próby przyspieszenia filtracji, ale także skąpstwo przy zlewaniu z cichej i próbie przyoszczędzenia piwa przy wylewaniu chmielin) oraz zrobić coś z nasyceniem. Na razie jednak mam pół piwnicy zawalone małymi butelkami, więc warzenie kolejnego mocarza odbędzie się pewnie za rok… I kto wie czy nie będzie to dla odmiany stout imperialny?

Mój piwny rok 2014

Zdaję sobie sprawę, że mamy połowę marca i nie jest to idealny czas na podsumowania ubiegłego roku, ale na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że ten tekst powstawał od jakiegoś czasu i zwyczajnie nie mogłem znaleźć chwili, aby go ukończyć. To praca, to uczelnia, to setka innych spraw. Uznałem jednak, że to ważna dla mnie sprawa, więc koniec końców zabrałem się za przypominanie sobie, dopisywanie i szeroko pojętą korektę.

O co chodzi? Ano, chciałbym się w tym miejscu pochwalić i w krótki sposób ocenić moją piwowarską działalność w roku 2014 – przede wszystkim po to, aby mieć podsumowanie do którego będę mógł kiedyś wrócić, ale także żeby móc pokazać innym ludziom jakie mogą być wymierne korzyści z prowadzenia takiego hobby.

120IBU

Warto wspomnieć, że moje pierwsze dwa piwa nie powstały na moim sprzęcie. Pierwszym był witbier Zimą wit uwarzony jeszcze w grudniu 2013 roku, a drugim amerykańskie India Pale Ale 120 IBU demokracji z marca; oba warzyłem z moim dobrym kolegą Bartkiem w jego Browarze domowym Kalina. Dzisiaj pozwolę sobie skupić się właśnie na tym drugim piwie.

AIPA chmielona była amerykańskimi Cascade, Columbusem, Mosaicem i Simcoe oraz nowozelandzka Motueką. Było to moje pierwsze spotkanie z instytucją chmielenia na zimno i (na szczęście) od razu pierwsze udane. To była bardzo dobra warka – zarówno pod względem aromatu, smaku, jak i prezencji – i mam nadzieję, że jeszcze ją kiedyś z Bartkiem powtórzymy.

piwa01

Jednak nie ma to jak warzyć na swoim i tak oto w maju udało mi się skompletować pełne oprzyrządowanie i rozpocząć z Gosią i Piotrkiem warzenie własnego piwa jako pretekst do przygotowywania projektu inżynierskiego na zbliżający się ostatni semestr studiowania na I stopniu na Politechnice Wrocławskiej. Amber Gold, czyli American Amber Ale było moim pierwszym i jedynym piwem warzonym z gotowego zestawu surowców kupionego w Twoim Browarze. Wyszło smaczne, choć bez żadnych rewelacji i widać w nim było błędy początkującego piwowara. Przede wszystkim mogłoby być bardziej klarowne, a gdybym je dzisiaj jeszcze raz warzył, z pewnością zastosowałbym intensywniejsze chmielenie na aromat lub na zimno.

Witbier Biały kruk był pół niewypałem i pół ciekawostką przyrodniczą. Przez trzy tygodnie od zabutelkowania średnio nadawał się do spożycia, by następnie mieć dwa tygodnie całkiem przyzwoitego żywota jako białe belgijskie piwo i na koniec stać się niepijalną bombą zegarową. W mojej ocenie problem leżał przede wszystkim w doborze zasypu i zbyt dużej procentowej zawartości surowców niesłodowanych. Szkoda, bo fajne dodatki i chmiel Mandarina Bavaria naprawdę „robiły fajną robotę”, jednak piwo szybko się zepsuło i przy otwieraniu potrafiło zaskoczyć niezłą fontanną piany. Do powtórzenia z solidniejszym zasypem.

Na swoje urodziny uwarzyłem na szybko American Pale Ale Urodzony 4. lipca, które serwowałem gościom na urodzinowym grillu, a później dopijałem przez resztę miesiąca. Piwo było smaczne, choć bardzo krótka fermentacja przeniosła się na całkowity brak klarowności, a jeszcze krótszy czas na refermentację spowodował prawie całkowity brak nasycenia. Piwo pachniało pięknie (w końcu była to mieszanka Cascade i Mandarina Bavaria), do smaku też nie miałem nic do zarzucenia, jednak suma składowa wad zrobiła swoje. Nauczka? Nie przyspieszać nigdy fermentacji.

piwa02

Jeszcze przed kupnem sprzętu wiedzieliśmy, że chcemy uwarzyć amerykańskie IPA, które będzie buchało cytrusowym aromatem i wykrzywiało twarz goryczką. Takim piwem był uwarzony w czerwcu Żubr AIPA chmielony Amarillo, Cascade i Citrą w dużych ilościach. Piwo wyszło lekko zmętnione, z ładną pianą i idealnym wysyceniem. Aromat i smak zdominowały cytrusy, egzotyczne owoce i żywica, czyli wszystko poszło po mojej myśli. Mówią, że to moja najlepsza warka z 2014 roku. Czy to prawda? Nie wiem, ale piwo zdecydowanie zostanie powtórzone w tym roku.

Kolejnym piwem, z którego jestem dumny jest Tradycyjne grodziskie, które warzyliśmy w sierpniu. Lekka pszeniczna wędzonka nie jest czymś, co posmakuje wszystkim, jednak ja byłem wniebowzięty mogąc nad rzeką wypić własnego grodzisza. Piwo było lekko chmielowe w aromacie, średnio mętne, pieniste, mocno nasycone i wędzone. Następnym razem zamierzam poeksperymentować z karukiem i innym gatunkiem chmielu, ale już teraz wiem, że na te wakacje również muszę uwarzyć ten styl.

Największym tegorocznym eksperymentem było pumpkin ale o nazwie Z dyńki. Pieczona dynia Hokkaido w zasypie oraz cynamon, imbir, gałka muszkatołowa i ziele angielskie podczas chmielenia wywołałyby palpitacje serca u niejednego miłośnika Reinheitsgebotu. Piwo wyszło w dwóch wersjach: jedna była lekka, stosunkowo mocno nagazowana z ładną czapą piany i lekko pachnąca przyprawami, podczas gdy druga wersja była gęstym piwem bez piany, ale za to z mocną koncentracją świątecznych aromatów. Wydaje mi się, że problem wynikał z braku mieszania podczas rozlewu, co najpewniej spowodowało rozwarstwienie się piwa pod wpływem tłuszczu z dyni i wszystkich przypraw. Druga wersja stanowiła jakieś 80% warki, ale była bardzo smaczna; to piwo również zamierzam powtórzyć na ten listopad.

piwa03

Dancing with Myself to tytuł piosenki Billy’ego Idola, ale także moja próba skopiowania flagowego piwa ze stajni szkockiego BrewDoga, czyli Punk IPA. Wykorzystałem lepszy sort słodu pale ale (konkretniej Maris Otter) oraz dokładnie tę są mieszankę gatunków chmielu (Ahtanum, Chinook, mój ulubiony na tę chwilę Nelson Sauvin i Simcoe), jednak nie udało mi się dorównać kunsztowi piwowarów z Ellon. Nie żebym narzekał albo wylewał piwo do zlewu – było smaczne, a momentami nawet bardzo, jednak profil słodowy nieco za bardzo się wybijał ponad chmiel, a klarowność również pozostawiała wiele do życzenia. Jeszcze w styczniu piłem ostatnią butelkę i byłem z niej zadowolony.

Mleczny stout Ostatni pocałunek był z kolei moją pierwszą przygodą ze światem ciemnych piw. Mój problem ze stoutami jest taki, że nie piję w ogóle kawy, a aromaty i smaki palone idące w stronę cappuccino w żaden sposób mi nie podchodzą. Wszyscy jednak chcieli spróbować stout, więc uwarzyłem stout… mleczny. Po krótkiej rozmowie z Wojtkiem Solipiwko we wrocławskiej Marynce uznałem, że nie będę się bawił w półśrodki i zrobię prawdziwą laktozową bombę. Piwo wyszło w opinii wielu osób znakomicie; wyglądało świetnie z gęstą czapą piany i smakowało jak mocna kawa z mlekiem, choć czuć było również aromaty chmielowe. Jakoś się złożyło, że wypiłem aż pięć butelek, ale dalej nie jestem przekonany, że kiedykolwiek polubię stouty.

W listopadzie uwarzyłem wino jęczmienne Kashmir zawdzięczające nazwę najlepszemu utworowi z dyskografii Led Zeppelin. Przy konstruowaniu przepisu celowałem w klasyczne angielskie barley wine, jednak koniec końców postanowiłem zmutować podstawową recepturę i dodać mocny twist. Wędzone barley wine zostało przedstawione przez Browar Artezan w październiku jako Preparat, a ja nie chciałem być w żaden sposób gorszy. W taki oto sposób do gara trafiło ponad dziesięć kilogramów słodu (w tym 20% wędzonego na różnoraki sposób), co ostatecznie dało potwora rzędu 28 stopni Plato. Piwo zabutelkowałem tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, a pierwszą butelkę otworzyłem w połowie lutego. Wrażenia z degustacji publikowałem na Facebooku i mam duże nadzieje co do tego piwa. Kolejne butelki zamierzam otworzyć w okolicach maja.

 010 Ruda na myszach

Ostatnim moim piwem warzonym w 2014 roku było nowoczesne szkockie ale Ruda na myszach. Jasne piwo z potężnym aromatem dębu i whisky uważam za ciekawy i przede wszystkim udany eksperyment. Z wielkim zdziwieniem (i jeszcze większą radością) odkryłem ostatnio, że w piwnicy zostały mi nie trzy, ale siedem ostatnich butelek, więc mam nadzieję, że piwo dotrzyma do kwietnia i okaże się jeszcze lepszym po wyleżakowaniu.

Wychodzi na to, że w rok (a dokładniej w osiem miesięcy) uwarzyłem 11 warek piwa średnio po 18-20 litrów na warkę; oczywiście prawie wszystkie warzyłem „na spółę”, więc moim rekordem w liczbie wypitych butelek jest Żubr AIPA i Z dyńki, których wypiłem raptem po osiem butelek (na przeciwległym biegunie leży Biały kruk z trzema butelkami). W 2015 zamierzam pobić ten rekord, a na dzień dzisiejszy mam na koncie jedno uwarzone i rozlane piwo (smakowity belgijski blond Legalna blondynka) oraz dwie fermentujące warki: japońskie IPA oraz klasycznego niemieckiego Hefeweizena. W planach mam powtórzenie przynajmniej trzech zeszłorocznych piw (AIPA, grodziskie i dyniowe) oraz kilka pomysłów – jednych bardziej, drugich mniej ortodoksyjnych. Co byście powiedzieli na witbiera z miętą albo milda z wędzonymi śliwkami?

Domowa produkcja piwa okazała się być bardzo ciekawym, zajmującym oraz przede wszystkim przynoszącym wymierne korzyści hobby. W tym momencie praktycznie przestałem pić jakiekolwiek koncernowe piwa na rzecz własnych wyrobów oraz ciekawszych przedstawicieli polskiego lub zagranicznego rzemiosła. Lubię mieć kontrolę nad całym procesem powstawania piwa: od układania receptury, przez sam proces warzenia, fermentację i butelkowanie, aż po degustację gotowego produktu. Jest w tym jakaś magia… i nie dotyczy ona jedynie mieszania wielgachną łychą w wielkim garze wypełnionym różnorakimi surowcami.

Nowoczesne szkockie ale

Z tego, co się orientuję, styl piwny jakim jest szkockie ale powinien charakteryzować się mocnym słodowym profilem, nikłym zapachem chmielu i ewentualnymi palonymi aromatami. Brzmi nudno, choć jest to niewątpliwie klasyka wyspiarskiego piwowarstwa. Moja przygoda z tym gatunkiem skończyła się na smacznym (jednak nie nazwałbym go rewelacyjnym) Scottish Ale ze szkockiego Belhavena oraz słabym Scotch Ale z wiedeńskiego Lichtenthaler Bräu. Mając do dyspozycji setkę piwnych stylów do uwarzenia, nie sądziłem, że szybko z mojego gara wyjdzie tradycyjny Szkot.

Piękno piwowarstwa domowego polega na tym, że można eksperymentować praktycznie bez żadnych ograniczeń. Czasami produkt końcowy może przez to okazać się tragiczny i wylądować w kanale, jednak wydaje mi się, że częściej wychodzą dzięki temu małe perełki, które prawdopodobnie nigdy nie pojawiłyby się na świecie, gdybyśmy mieli czekać na owoce pracy browarów komercyjnych (i mówię tutaj oczywiście również o szeroko pojętym rzemiośle).

W jaki sposób uatrakcyjnić tak nudny styl jak scottish ale?

Moja propozycja to intensywne i wychodzące poza ramy stylu chmielenie nowofalowymi odmianami oraz fermentacja z płatkami dębowymi marynowanymi w whisky. Nie będzie to już klasyczne szkockie ale, ale… dlaczego by go nie nazwać nowoczesnym szkockim ale?

IMG_0004
(to już produkt końcowy, ale przed opisem sensorycznym pozwolę sobie przedstawić proces warzenia)

 Jeżeli chcielibyście powtórzyć mój eksperyment, przedstawiam skróconą instrukcję dla piwowarów. Byłoby mi bardzo miło, gdyby ktoś faktycznie uwarzył coś podobnego i dał znać czy wyszło mu równie dobrze jak mi. Tak czy siak, będziemy potrzebowali:

słody chmiele drożdże dodatki
pale ale 3kg

pszeniczny 1kg

whisky 0,5kg

pszeniczny czekoladowy 0,05kg

Belma 50g (11,6%)

Calypso 50g (14,4%)

Fermentis Safale US-05 płatki dębowe amerykańskie mocno przypalone 50g

whisky 50ml

mech irlandzki 5g

Zasyp nie jest skomplikowany: pale ale jako podstawa, pszeniczny dla poprawy piany, whisky dla specyficznych aromatów oraz pszeniczny czekoladowy do korekcji koloru. Chmielenie było czystą fantazją, gdyż nigdy się nie spotkałem w innym piwie ani z Belmą, ani z Calypso. Producent opisał pierwszy gatunek jako dający aromaty truskawki, melona i grejpfruta, a drugiemu przypisał gruszkę, jabłko i limonkę, więc postanowiłem wypróbować te cudaki.

Zacierałem leniwie przez 70 minut w temperaturze około 68ºC; pamiętajcie o wygrzewie do siedemdziesięciu paru stopni na koniec, aby poprawić filtrację. Sama filtracja szła powoli, ale nie najgorzej. Gotowanie trwało 60 minut, z czego na samym początku wrzenia dodałem 10g Calypso, 15 minut przed końcem kolejne 10g Calypso i 5g mchu irlandzkiego na poprawę klarowności, 10 minut przed końcem 10g Belmy i pięć minut przed końcem kolejne 15g Belmy.

Po schłodzeniu brzeczki zadałem Safale US-05 i zostawiłem na dziesięć dni na fermentacji burzliwej. Kilka dni przed warzeniem przesypałem płatki dębowe do wysterylizowanego słoika i zalałem je szkocką whisky, a konkretniej Grant’s Ale Cask Finish, którego miałem aktualnie na stanie. Za warty wspomnienia fakt uznałem to, że będę fermentował piwo z drewnem marynowanym w destylacie, który uprzednio leżakował w beczce po piwie. Ot, drewniana incepcja.

Płatki, 30g Calypso oraz 25g Belmy dodałem na cichą fermentację, która trwała kolejne niecałe dwa tygodnie. 16 litrów piwa zabutelkowałem z 70g glukozy, żeby nie było za bardzo nagazowane. Piwo nazwałem Ruda na myszach przede wszystkim ze względu na użyty destylat.

IMG_0002 (1)

W dniu, w którym piszę ten artykuł, zostało mi bodajże pięć butelek. Choć przy pierwszej i drugiej wypitej butelce byłem daleki od zachwytów, w którymś momencie piwo w końcu się przetrawiło i okazało się, że mogę być dumny z efektów swojej pracy.

Ruda jest przede wszystkim elegancko klarowna i ma niewielką, ale trwałą pianę oblepiającą szkło. Wrażenia sensoryczne zebrałem od kilku osób, więc mam jako taką bazę do wysunięcia ogólnych wniosków. Aromat to mieszanka drewna, wanilii, karmelu, białych owoców, oraz przede wszystkim lekko torfowej whisky (tutaj pytanie czy to ze słodu, czy z marynowanych płatków dębowych)? W smaku baza słodowa, wyraźniejsza nuta szkockiej, wyczuwalna goryczka i zaplątana pomiędzy to wszystko pszenica. Jestem zadowolony, gdyż praktycznie wyeliminowałem problem zapachu i osadu drożdży na dnie butelki. Piwo nie jest mocno nasycone i pije się je bardzo szybko… możliwe nawet, że zbyt szybko.

W najbliższym czasie postaram się uzupełnić opisy uwarzonych już piw, a może nawet pokuszę się na jakieś podsumowanie mojego piwowarstwa w 2014 roku. W końcu wróciła mi chęć do pisania, więc spodziewajcie się częstszego linkowania na Facebooku i zwiększonej aktywności, a także mojej obecności w blogosferze.